piątek, 27 listopada 2009

Powrót do przeszłości

Wszystko ma swoje początki. Nie będę oczywiście zaczynać od ameb, bo to by trochę potrwało, ale krotka historyjka być musi. Jak to się stało, że ten blog w ogóle powstał? Oczywiście, długoterminowe zainteresowanie muzyką i tak dalej. Do tego doszły moje niespełnione ambicje pseudo-literackie, i chwila determinacji. Jakoś na początku lipca roku zeszłego, świat ujrzało me pierwsze dzieło recenzyjne. W ramach sentymentów i braku dużej ilości materiału do recenzowania w najbliższym czasie, postanowiłem pokazać tu moja cudem odnalezioną z mrocznych otchłani Chaosu recenzję...

Cult Of Luna - "Eternal Kingdom"

W chwili gdy po raz pierwszy usłyszałem hasło „Cult Of Luna” i „Atmospheric sludge post-metal” pomyślałem, że to kolejny garażowy zespół, któremu zabrakło kasy i postanowili wydać album. To było jakiś rok temu. Jednak w końcu coś mnie podkusiło, żeby w końcu się z tym zapoznać. Dorwałem się do pierwszego albumu i… Zahipnotyzowałem się, uczucie towarzyszące dokładnemu wsłuchiwaniu się w ten zespół było niczym wejście w trans. Zaraz zacząłem szukać informacji o zespole, a kiedy zobaczyłem wiadomość o najnowszym albumie, prawie spadłem z krzesła. Z niecierpliwością czekałem na płytkę i w końcu się do niej dorwałem.
Całość jest albumem koncepcyjnym o bardzo niecodziennej tematyce. Jest to muzyczna interpretacja pamiętnika Holgera Nilssona, znaleziona w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym w Umeå. Nilsson był tam osadzony po stwierdzeniu choroby psychicznej. W zakładzie spisał dziennik, który nazwał „Tales From The Eternal Kingdom”. Miał to być dowód niewinności w sprawie zabójstwa jego żony. W dzienniku doskonale opis świat zwany Eterycznym Królestwem, zamieszkany przez hybrydy ludzi-sów i ludzi-drzew. Całość tekstów albumu jest właśnie interpretacją wydarzeń opisanych przez Holgera. Dokładnie wsłuchując się w tematykę utworów możemy usłyszeń o wojnie prowadzonej w tym świecie, a także o fikcyjnej postaci Ugina, który to miał być mordercą żony Holgera. Okładka przedstawia drzeworyt z ok. VIII wieku. Widnieje na nim postać okrutnego Króla Sów, który również występuje w pamiętniku Nilssona.
Pod względem kompozycji utworów szwedzki oktet po raz kolejny potrafi zaskoczyć słuchaczy. Linia melodyjna znacznie cięższa niż w przypadku poprzednich albumów, a mimo to tempo jest bardzo powolne. Wolny rytm wydaje się być kontrastowany w stosunku do ostrego brzmienia. Zespół przestał też bawić się w domieszki różnych, mniej popularnych gatunków. Mamy tu surowy post-metal, którego lepiej nie definiować za pomocą nieskończonej ilości pół-określeń. Nie można też nie wspomnieć o niesamowitym wokalu Johannesa Perssona. Nie jest to growl, nie jest to darcie się, to po prostu styl Cult Of Luna. Gdybym miał to jakoś nazwać, chyba powiedziałbym, że to coś jak odległe, dziwnie ciche krzyki. Trzeba też zauważyć niejednokrotne zabawy z syntezatorem, co wprowadza jeszcze głębszy klimat i kolejną nowość w stylu zespołu.
Pojedyncze utwory są bardzo różnorodne. Mamy tu spokojne, krótkie, instrumentalne kompozycje(np.”Ugin”), i zupełnie kontrastowe, ciężkie i ostre kawałki(np.”Following Betulas”). Bardzo duże są też różnice w długości utworów, dochodzące nawet do dziesięciu minut. Na siłę można się czepiać tego, że album jest trochę za długi(ponad godzina). Najlepiej takie albumy słucha się w całości, a niekiedy musimy przerwać, a po powrocie ciężko wrócić do słuchania ostatnich dwóch kawałków. Cała płyta zapewnia niezwykły klimat, wszystko hipnotyzuje, wprowadza w stan, w którym nasza świadomość wyłącza się i ustępuje miejsca wyobraźni. Dokładnie wsłuchując się w ogół kompozycji możemy zobaczyć historię Nilssona, jego wędrówki i całość świata Eterycznego Królestwa. Albumu najlepiej słucha się kompletnie wyłączając z życia wszystkie inne czynniki: zamknąć się w pokoju, wyłączyć GG, wyluzować się, zamknąć oczy i w pełni wejść w niezwykłą atmosferę płyty.
Ciężko wyróżnić konkretnie najlepsze kawałki, album jest bardzo równy pod względem artystycznym. Na siłę mógłbym wyróżnić „Owlwood” i tytułowe „Eternal Kingdom”. Jednak jest to koncept-album, i tego należy się trzymać. Osobiście śmiało postawiłbym go na szczycie osiągnięć Cult Of Luna.

wtorek, 24 listopada 2009

Muzyczna interpretacja zwrotu "Napierdalać!"

Nie raz, nie dwa mieliśmy z tym do czynienia. Absolutne rycie uszu, pod niewiadomym pretekstem i to jeszcze pozorem dobrego gatunku muzycznego. To tak jakby umieścić tabliczkę "Klub nocny" nad domem spokojnej starości dla babć z nadpobudliwością. Tutaj mamy dość mocny przypadek takiej destrukcji, gdyż pod pozorem flagi melodic death metalu, który jest dumnym państwem dla bohaterów takich jak In Flames czy nowsze Amon Amarth, ukrył się podstępny zdrajca. "Suprise, I was a Spy all along" - dla znających Team Fortress 2. Co tu dużo gadać, lepiej pojechać...

Swallow The Sun - "New Moon"

Czułem. Ja czułem, że to będzie gówno. Nie wiem, może tytuł mi się źle kojarzy, może zwykle przeczucie. Ale nosa miałem tym razem perfekcyjnego. Moje uszy krwawiły obficie, gdy próbowałem znaleźć tam choćby cząsteczkę melodeathu. Niestety, wykrwawiałem się na darmo.
Odpalamy płytkę, i już coś tu nie gra. Znaczy się, zespół nie gra. Całość generalnie rzecz biorąc boli. Nie wiem zbytnio o co chodzi w tym albumie, ale na pewno zamierzony efekt nie wyszedł, o ile nie było nim wywoływanie lawin śnieżnych piątego stopnia na dnie rowu mariańskiego. Ale dość już tych wybujałych metafor, czas przedstawić problem nieco bliżej. Zacznijmy od gitar, które chyba miały odgrywać tu największa rolę. Problem w tym, że dobre gitary zazwyczaj są zgrane, ładnie się uzupełniają itepe. Niestety, wyszła absolutna kakofonia przesterów i strojenia na ź-dur. Do tego generalnie riffy nie są skomplikowane, gdyż większość składa się z napieprzania i trytonu. Sory, taka prawda, skargi do mojego braku-kindermetalizmu. Lecąc dalej natrafiamy na wokal. tutaj sprawa ma się bardzo podobnie. Darcie ryja bez sensu nie robi na mnie pozytywnego wrażenia, a tym bardziej nieumiejętne darcie ryja bez sensu. Growl to naprawdę fajna rzecz. W wykonaniu wikingów z Amon Amarth czy Andersa z Flamesów(przed wykastrowanie kolesia, oczywiście) brzmi to świetnie. Ale tutaj zdecydowanie wymyka się z granic rozumienia. No nic, jedziem z koksem. Basu nie słychać, i tyle można o nim niestety powiedzieć. Co do perkusji, to wielu pałkarzy chyba by się popłakało. Niezbyt równe nawalanie po bębnach nie załatwi sprawy rytmiki, a tym bardziej nie pokaże się od pozytywnej strony.
Nie znam poprzednich dokonań zespołu. Czuję też, że się z nimi szybko(czyt. nigdy) nie zapoznam, to mi zdecydowanie wystarczyło. Zdecydowanie odradzam nawet najtwardszym słuchaczom ciężkiej muzyki.

sobota, 21 listopada 2009

Zmiana absolutna

Prawie w każdym przypadku, zespoły muzyczne szukają nowych dróg. Coraz rzadziej słyszymy stare brzmienia, zmieniają się członkowie kapeli, zmienia się styl, zmienia się zespół. Czasem może być to leciutkie przejście między podgatunkami, a zdarzy się skok nad przepaścią. Może znacie przypadek Ulvera, który startował w milusio-mrocznym black metalu, przeszedł się wzdłuż muzyki elektronicznej, a w końcu padł bezwładnie na próg ambientu. Nieźle, co? Ale to, co mamy tutaj jest wyczynem przynajmniej tak mocnym jak w przypadku opisanych wyżej Poszukiwaczy Zaginionego Gatunku. Panie i panowie, od pionierstwa w doom metalu, do alternatywnego rocka z niemałymi eksperymentami, przebija się...

Katatonia - "Night Is The New Day"

Okładka wygląda zaprawdę mrocznie, ale wbrew pozorom wcale nie oddaje tego, co mamy na płycie. Przyznaję, że o ile wcześniej zespoły tego typu raczej obchodziłem szerokim łukiem, opinie o singlach jakoś mnie przyciągnęły. Dostałem, posłuchałem, potwierdziłem: Katatonia skrajnie zmieniła styl gry. Growl? Sory, nie ta droga. Ciężkie, powolne balladki? Ups, to też nie tu. Zmiana jest widoczna na absolutnie każdym kroku.
Jedyne co pozostało ze starego zespołu to skład. Pod względem muzycznym wszystko zostało wywrócone do góry nogami. Zacznijmy od wokalu. Nie ma tutaj ani krztyny growlu. Jestem naprawdę zaskoczony, bo pan Jonas Renkse ma świetny głos. Podczas wcześniejszych, growlowanych partii siłą rzeczy nie mogliśmy tego usłyszeć, a tutaj wreszcie możemy podziwiać czysty śpiew "Lorda Setha" (Tak, mnie też ta ksywa powala nokautem rotflowym w pierwszej rundzie). Taki wokal natomiast świetnie komponuje się z gitarami. Te są już nieco bardziej zróżnicowane. Czasem słyszymy cichutkie brzdąkania, ale znajdą się też mocne walnięcia. Połączenie tych dwóch stylów brzmi naprawdę dobrze, świetnie się słucha, no i nie nudzi mnie po dwóch odsłuchaniach płyty. Jeśli zaś chodzi o resztę sekcji muzycznej, dużo niestety do powiedzenia nie ma. Basu nie słychać absolutnie nigdzie. Perkusja bardzo cicha i generalnie nie popisuje się. Troszkę dalej możemy znaleźć też nieliczne fragmenty klawiszowe, smyczkowe czy nawet syntezatory. Bardzo fajny pomysł, ale straszliwie nierozwinięty. Można by tu zrobić znacznie więcej. Jeśli chodzi o całość, czuć, że to płyta postawiona na wokal i linię gitarową. Więcej raczej się nie liczy. Efekt wyszedł dobry, ale na pewno nie bardzo dobry.
Płytę polecam przesłuchać. Starsi Tró fani pewnie dostaną padaczki, ale dla mnie, można tego miło posłuchać. Nie nudzi się, generalnie dobre i narzekać w sumie nie ma na co.

środa, 11 listopada 2009

Chodź, pomaluj mój świat, na krwawo i na... krwawo?

Po jakimś czasie człowiek zaczyna mieć dość monotonii. Postanowiłem więc, że czas się nieco wyżyć. Każda recenzja wygląda tak samo. Wstęp, okładka, suchy dowcip, zakończenie. Tym razem zrobimy to nieco inaczej. Jak zapewne wiecie, los dobrze wie, kiedy ma nam pomóc. Ja otrzymałem ją w najlepszym możliwym momencie. Nowa płyta zespołu, który osobiście zredagował definicje monotonii w każdym języku na świecie. Przedstawiam Wam...

Slayer - "World Painted Blood"

Oto jest zespół, który dumnie kontynuuje nagrywanie najdłuższego kawałka wszech czasów, zwanego potocznie "Dyskografią Slayera". Utwór ten charakteryzuje się brakiem jakichkolwiek podziałów, nie licząc nazw jego części. Zostały one stworzone tylko i wyłącznie dlatego, że 8 godzin godzin materiału nie wejdzie na jedno audio CD.

Przedstawiam teraz wykres zależności [Z]ajebistości od kolejnych [A]lbumów Slayera. Jak widać, wszystkie są niezwykle zróżnicowane. Należy zwrócić szczególną uwagę na to, jaka jest pozycja najnowszego albumu względem poprzednich. Niektórych może ona lekko szokować, ale na pewno jest sprawiedliwa.

Tutaj z kolei możemy podziwiać różnorodność tabulatur w Dyskografii Slayera. Jak widać,twórczość z roku 2009 praktycznie nie odbiega zbyt daleko od starych dobrych lat 1986. Ciekawostką jest tutaj zastosowanie tzw: "slide'ów". Jest to absolutna nowość w riffach tego jakże tradycjonalistycznego zespołu.

Postaram się również przedstawić państwu skróconą historię powstania "World Painted Blood".
Tom Araya(na zdjęciu w niewykle radosnej minie po otrzymaniu nagrody w kategorii "Najdłuższy Utwór Wszech Czasów"), obiecał fanom ciąg dalszy swego największego, a zarazem jedynego dzieła, czyli wspominanego już wcześniej ośmiogodzinnego utworu.
Słowo się rzekło, Szatan obdarzył swą łaską amerykański zespół. Zaledwie tydzień później, Jeff Hanneman, gitarzysta zespołu pomylił się na koncercie(Nieznany fotograf uchwycił ten wiekopomny moment, co widać na zdjęciu powyżej): Zamiast zagrać 0-0-0-0-0-2-0, zagrał 0-0-0-0-0-3-0. Tak powstał pierwszy singiel, "Psychopathy Red", a na jego podstawie reszta albumu.
Kerry King, dwarf lv. 90, masterka w walce piecem Marshalla i przy okazji gitarzysta Slayera, nie próżnował w tym czasie. Zaczął pisać teksty do kolejnych części Utworu. W wywiadzie prasowym ogłosił, że wszystkie są inspirowane tworzeniem przez Kerry'ego nowej postaci w WoWa. Wypowiedź ta wywołała niesamowitą burzę w świecie mediów i Rzemiosła Wojennego. King, pomimo nacisków, nie chciał powiedzieć nic więcej o swojej nowej postaci. Z nieoficjalnych źródeł dostaliśmy cynk, że może to być Ork-Mag.
Dave Lombardo, perkusista grupy nadal nie wie, że skończyli już nagrania do "Show No Mercy", i cały czas gra ten sam rytm. Zostawmy go więc w spokoju, bo jeszcze się wystraszy i poleci do ciepłych krajów.
Nowa płyta Slayera jest niewątpliwie wielkim osiągnięciem. Każdy szanujący się pożeracz kotów musi znać jej teksty na pamięć. Już. Teraz. Inaczej zabiją was inni, prawdziwi Trv fani Slayoooooooooora!

Miłość wiele ma postaci

Znany na całym świecie niemiecki zespół po raz kolejny pokazał, że ma inne spojrzenie na świat niż przeciętny człowiek. Ta grupa nie jednokrotnie była już nawet karana za otwarte pokazywanie swoich poglądów w bardzo kontrowersyjny sposób. Teraz już chyba wszystko doskonale wiedzą o kim mówię. Czas też powiedzieć o ich najnowszej płycie. Spójrzcie więc okiem na...

Rammstein - "Liebe Ist Fur Alle Da"

Panowie z Rammstein całkiem niedawno "zaszczycili" nas swoim nowym singlem, "Pussy" i teledyskiem do niego. Powiem szczerze, że kiepskiego kawałka nie zamaskuje się kontrowersyjnym obrazem. Utwór mnie zawiódł, śpiewany w połowie po angielsku, a wideo mogę określić jednym słowem: pornol. Zbytnie inspiracje stronami pornograficznymi nie przyniosą muzykom sławy, zdecydowanie. Dlatego też czekałem na album z mniejszą dawką entuzjazmu niż zazwyczaj.
Za przesłuchanie całości zabrałem się jednak dość chętnie, patrząc na poprzednie porażki innych płyt. Pierwszy kawałek jest typowym przedstawicielem "Rammstein Song". Czyli ostrze nawalanie, charkotliwy głos Tilla Lindemana no i oczywiście donośne: "RAMMSTEIN!". W sumie nawet miły powrót do starych czasów przed-balladkowych. Szkoda mi jednak, że zespół wciąż odmawia powrotu do swoich pierwszy dokonań, czyli znacznie więcej elektroniki niż klasycznego grania. Bardzo szybko słyszymy zwiększoną rolę klawiszowca. Robi tutaj naprawdę sporo, zwłaszcza w porównaniu do ostatniego albumu, "Rosenrot", który był po prostu nieudanym eksperymentem. Na najnowszym albumie dostajemy znacznie więcej surowego grania, bardzo podobnego do środkowych okresów twórczości Niemców. Dużo mocno przesterowanych gitar, ostra perkusja i bas, którego jak zwykle nie słychać. Ta plyta jest naprawdę bardzo dobra. Ma natomiast niesamowita wadę: to już było. Nie słyszymy nic nowego. Przypomina mi to nieco podsumowanie dokonań zespołu. Mocne, miażdżące brzmieniem kawałki, ze dwie(niestety) jękliwe balladki, no i bardzo nieudany eksperyment z językiem angielskim. Dla mnie największym problemem jeśli chodzi o Rammsteina jest niestety język. Wyjątkowo, w tym jedynym przypadku nie przeszkadza mi, że jest to niemiecki. Sęk w tym, ze nie umiem wyczaić konceptu tej płyty. Trochę rozumiem, i z tego co do tej pory udało mi się odnaleźć, to jeden dość prosty temat: seks. Kapela ta zawsze słynęła ze skandali i kontrowersyjnych zachowań. Ja osobiście nie daję się napędzać na te pułapki marketingowe. Tutaj naprawdę mi smutno w związku z tym językiem, gdyż może, między wierszami Lindemann zawarł jakieś mądrości i przekaz. Póki co mogę się opierać tylko i wyłącznie na tym, co rozumiem, no i oczywiście co zespół już nam pokazał na teledysku. To niestety wali po oczach brakiem ambicji i chęcią pokazania się za pomocą skandalu.
Generalnie rzecz biorąc płyta jest dobra, a nawet bardzo. Starzy fani Rammsteina powinni być zadowoleni. Tym, którzy jeszcze nie znają kapeli mogę polecić, choć na pewno nie tak jak wcześniejsze dokonania grupy. Warto posłuchać.

wtorek, 10 listopada 2009

Epicko nie było, ale jest całkiem nieźle

Po ostatniej serii porażek nie pokładałem zbytnich nadziei w tym zespole. Na szczęście znów się pomyliłem. Chociaż nie jest tak dobrze jak bym chciał, da się to jakoś przeżyć, wiec pozostaje mi przedstawić to w dobrym świetle. A co to takiego? A proszę bardzo, przedstawiam Wam...

Epica - "Design Your Universe"

Simone Simons w wieku piętnastu lat dostała swoją pierwszą płytę Nightwisha. Efekt tego wydarzenia widzimy do dzisiaj. Epica jest dość typowym zespołem grającym tzw: "Symfoniczny metal", co polega na ciężkim i szybkim metalu plus operowy śpiew. No powiedzcie szczerze, kto nie słuchał "Wishmastera"? Ten oto zespół czerpie wyraźne inspiracje, ale nie kopiuje. Co ważniejsze, inspiracje te bierze od starego Nightwisha z Tarją na czele. I na całe szczęście.
Powtórzę, że nie spodziewałem się wiele po tym albumie. Nowy gitarzysta, wywalony wcześniej z God Dethroned(black metal, no no, ciekawie), wokalistka wyglądająca jak urwana z ulicy Czerwonych Latarni, no i oczywiście inspiracje inspirowane byłym zespołem Turunen. To wszystko trzymało mnie chwilę z dala od tej płytki, ale w końcu się przełamałem. Nie żałuję, bowiem całość okazała się dobra. Nie świetna, nawet nie bardzo dobra, ale na pewno dobra. Zaczyna się oczywiście od wstawki orkiestralnej, ale słuchając dalej zaczęło mi się podobać. Największą wadą są chyba momenty growlowane. Widać tu mocne wpływy Isaaca Delahaye, jakby nie było do niedawno gitarzysty black metalowego. Fakt faktem, muzyka jest szybsza i nieco cięższa niż początkowo się spodziewałem. Simone jednak ma bardzo dobry głos, na pewno wyćwiczony przez lata ciężkiej pracy. Świetnie pasuje do muzyki granej przez resztę zespołu i daje naprawdę duży plus do całości. Kolejną rzeczą dość negatywną dla całości jest dłużyzna. Chociaż utwory bywają zróżnicowane, niektóre trwają po kilkanaście minut. Akurat tutaj nie brzmi to najlepiej. Zmiany rytmu, melodii i całego konceptu kilka razy na kawałek robią raczej kiepskie wrażenie.
Ciężko zdefiniować ten album za pomocą miarki dobry-zły. Ma sporo świetnych aspektów, ale i całkiem dużo kiepskich fragmentów, wiele jest do dopracowania. Ale oceniam, że tę płytę warto było przesłuchać.

niedziela, 8 listopada 2009

To już jest jakaś klątwa

Kolejny zespół, kolejna dawka zrzynania od innych. To już zaczyna być nieco nudne, nie? Tutaj na szczęście sytuacja jest nieco lepsza, bo temu zespołowi przynajmniej jako tako ta "inspiracja" wyszła. I tak mają u mnie sporego minusa, ale płytę da się strawić. Nie będę więc dużo gadał bez sensu, tylko od razu pokażę Wam...

Archive - "Controlling Crowds IV"

Generalnie śmieszy mnie już sama nazwa "trip hop". No bo niby co ona ma oznaczać? Dla mnie to, co jest na tym albumie, to mieszanka elektroniki, lekkiego rocka i rapu. Brzmi prościej? No jasne że tak. I tego się trzymajmy. Poza tym, ta oto płyta miała być kontynuacją, a raczej suplementem do "Controlling Crowds". No... taaa... Tak też mawiają...
Zaczyna się spokojnie. Kończy się spokojnie. Trwa spokojnie. Cała jest spokojna. Cała jest ciągle identyczna. W pewnym momencie doprowadza to człowieka do szału. Co to jest? Rapmbient? Generalnie wszystko jest fajne, gdyby nie to, ze płyta po prostu masakrycznie nudzi. Muzyczka fajna, rytmiczna, kolesie miło śpiewają i wszystko elo. Tylko że w pewnym momencie człowiek zauważa, że to już trwa pół godziny. A zostało jeszcze piętnaście minut. Do tego nie da się tutaj nie zauważyć "mocnego inspirowania się" kilkoma innymi kapelami. Po pierwsze: Gorillaz. Duuużo Gorillaz. Zwłaszcza te kawałki nagrywane z raperami. Brzmi po prostu identycznie jak te od wirtualnych Małp. Lecimy dalej. Phi Life Cyprher, jeśli chodzi o rytmikę i wokal. I to w sumie tyle, dużo więcej powiedzieć się nie da.
Generalnie rzecz biorąc tu nie ma dużo do opisywania, a to przez samą naturę albumu. Ja jednak probonuję zostawić go i przejść dalej.

Kolejny raz za dużo "inspiracji"

Prawie każdy zespół muzyczny na świecie określa w jakiś sposób swoje inspiracje. Dla znacznej większości jest to kilka innych zespołów, czasem film, jakaś książka a może nawet sen. Najczęściej jednak zostajemy przy innych kapelach. To bardzo dobrze definiować swój kierunek. Legenda muzyczna jest doskonałym przykładem, za którym możemy podążać, uznawać za idola. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zaczynamy wręcz kopiować muzykę innych. W przypadku coverów, w ograniczonej ilości jest to całkiem ciekawa sprawa. Kiedy natomiast dochodzi do "własnej" twórczości, która jest ewidentnych zrzynaniem, jest to po prostu śmieszne. Tak więc dam Wam dobry przykład jako ostrzeżenie...

Hatebreed - "Hatebreed"

"Brzmi trochę jak..." - Często słyszycie te słowa? Ja nawet sam ich nadużywam. Zazwyczaj jest to raczej dobry kontekst, ale w tym przypadku mamy przeciwstawność. Tutaj podobieństwo do innych zespołów wcale nie jest pozytywne. Czas w końcu powiedzieć, czemu tak męczę tę biedną płytkę.
Odpowiedź jest prosta: Brzmi jak marna podróbka Soulfly'a, Sepultury i Korna. Mieszanina tego wszystkiego w bardzo kiepskim wydaniu znajduje się na piętnastu utworach, przez które musiałem przebrnąć. Dla pewności, zrobiłem to dwa razy. Żałuję za ten grzech... Jeśli chodzi o naprawdę mocne podobieństwa, zalatuje tutaj "Conquerem" Soulfly'a że aż boli(Oczywiście nie muszę przypominać, że była to najgorsza płyta w ich dyskografii...). W sumie nie wiem, co mnie podkusiło na tę płytę. Poprzednich dokonań prawie nie znałem, a samo słowo "metalcore" zazwyczaj odpycha. Więcej tego błędu nie popełnię, przepraszam. Czasem nawet nie wiem, dlaczego ja to właściwie opisuję, zamiast wykasować, zapomnieć i do widzenia. No ale skoro już się za to zabrałem to lecimy. Zaczynając od gitar, mamy tu napieprzankus popspolitus gównus. Losowe walenie po strunach, albo cały czas tryton i jechane. Basu na całe szczęście nie słychać, chociaż ten instrument pozostał nieskalany. Niestety nie możemy tego samego powiedzieć o perkusji, której ciągłe nawalanie można by pomylić z nietypowym alarmem samochodowym. Ale teraz dopiero dochodzimy do wokalu, tu zacznie się zabawa. Początkowo myślałem, że to jakiś Pijacki Projekt Maxa Cavalery. Za dużo wódki plus studio potrafi stworzyć niepowtarzalną kiepściznę, co też Maxio ukazał nam przy okazji wydania "Conquer". Głos Jameya Jasta to po prostu przepity ryk, nie układający się w żaden sposób z resztkami tego, co sekcja muzyczna nazywa melodią. Nie trafia w dźwięki, drze się zamiast śpiewać i zdecydowanie za dużo wypił.
Potraktujcie to jako ostrzeżenie. Dla muzyków: Nie zrzynajcie. Dla słuchaczy: Nie słuchajcie. Absolutnie nie warto tracić na to czasu. Do widzenia.

sobota, 7 listopada 2009

Bomba atomowa i wilki

Ile może zrobić jeden człowiek? "Wszystko zależy od punktu widzenia bla bla bla...", odpowie każdy pseudo-filozof. Ja natomiast skupię się na aspekcie muzycznym. Otóż jeden człowiek może nagrać płytę. Jak widać nie potrzeba do tego milionów dolarów, co bardzo często próbują nam wmówić popularne gwiazdy. Nie potrzeba gigantycznych hangarów wypełnionych sprzętem nagrywającym, ciężarówek wypełnionych instrumentami, kilku miesięcy miksowania i sztabu grafików pracujących nad okładką. Czasem wystarczy jeden człowiek, instrument, internet i talent. W tym przypadku to wszystko zebrało się w jednym z najzwyklejszych radomskich domów. To właśnie tam powstał...

Ulfheobar - "Animalism"

Ulfheobar to kolejny pseudonim artystyczny Piotra Kowalczyka, siedemnastolatka z Radomia, który ma za sobą już dwie płyty, obie nagrane w domu, samemu, i udostępnione za darmo w internecie("Animalism" do pobrania tutaj, jak mówi sam autor: "Rozpowszechniane jak najbardziej wskazane"). Człowiek ten pokazał, jak niewiele potrzeba do stworzenia czegoś kreatywnego, zamiast stać pod bramą i pić tanie piwo. W pewnym sensie wyśmiał też wielkich twórców, którzy zamiast na graniu skupiają się na stronie technicznej. A jak ta płyta trzyma się pod względem muzycznym? Postaram się jakoś to opowiedzieć.
Pierwsze, co od razu uderza człowieka, to absolutna odmienność od pierwszego dzieła Piotra, "Refused & Exiled". Tutaj nie ma mowy o mocnych rytmach, ciężkich uderzeniach czy po prostu nawalania w struny. "Animalism" to coś, co jest tłem. Cztery kawałki, trwające średnio po dziesięć minut to nie jest coś, czego można sobie posłuchać ot tak. Tutaj mamy do czynienia z czymś na kształt ambientu, długiego i monotonnego. Ciężko się w to dobrze wsłuchać. Trzeba wyłączyć całkowicie czynniki zewnętrzne, nic nie może przeszkadzać. Potrzebna jest również umiejętność usiedzenia tych czterdziestu minut na miejscu, najlepiej z zamkniętymi oczyma. To, co ja tam zobaczyłem, to tło idealne. Zacząłem sobie wyobrażać post-apokaliptyczny świat, całkowicie wymarłe pustkowie. Jeden człowiek przemierzający to wszystko słyszy tylko i wyłącznie ciszę. Ja natomiast słyszę dźwięki, o których nie miałbym pojęcia w takiej sytuacji. Nie potrafię tego dokładnie wytłumaczyć, jest to po prostu coś zupełnie odmiennego od standardów. Trochę jak muzyka w filmie czy grze. Niby nikt nie zwraca na nią uwagi, ale bez niej obraz wiele by stracił. Tutaj dostajemy sporo miejsca na wyobraźnię. Cała ta powtarzalność i monotonia nie pozwala się skupić na samej muzyce, ale za to pomaga stworzyć wiele obrazów. Jeśli autorowi o to właśnie chodziło, wyszło mu to perfekcyjnie. Muzyka idealna do sesji RPG w klimatach post-apo, bardzo dobry podkład do czytania książki o podobnych klimatach. Jeśli chodzi o wykonanie muzyczne, za wszystko odpowiedzialne są jedynie gitara i komputer. Biorąc pod uwagę to pierwsze, znacznie mniej tutaj popisówek. Nie uświadczymy nie-wiem-jak-skomplikowanych riffów, nie dostaniemy super-szybkich solówek. Jedynie ciche, często mocno przerobione pogrywanie. Syntezatory komputerowe odgrywały największa rolę. Automaty perkusyjne, bębny, wycia wilków, bicie dzwonów i Dżizas wie co jeszcze. Wszystko stworzone ciężką i nieraz zapewne nudną pracą. Ale liczy się przecież efekt.
Nie jest to tak, że chcę po prostu wychwalić czy wybić dobrego kumpla. Podszedłem do tego krytycznie i postawiłem na równi z dokonaniami zespołów takich jak Megadeth czy Alice in Chains. Pokazałem dobre i złe aspekty płyty. Nie potrafię jej ocenić w kontekście "dobra-zła". Jest to po prostu album na pewne okazje. Nie dla każdego, nie o każdej porze. Ale posłuchać warto. Z całą pewnością.

Pogo i sztuczne winorośle

Niecałe dwa lata temu, w grudniu 2007, byłem na swoim pierwszym klubowym koncercie. Doskonale pamiętam każdy moment: Wejście do Ucha w Gdyni, salę pełną cudownej czerni, pierwszy support, drugi support, i w końcu gwiazdę wieczoru... Przeżycie po prostu nie do zapomnienia. Wspomnienia powróciły do mnie silniej niż zwykle, bowiem w ostatni wtorek znów pojawiłem się przy wejściu do mojego ulubionego klubu, czekając na kolejny występ tego pamiętnego dla mnie zespołu...


Na początek jednak supporty. Jako pierwsza wyszła ekipa z Holy Smoke. Przed pierwszym kawałkiem, bodajże "Wrzesień '39" puścili z głośników odgłosy bitwy, a potem fragmenty jakiegoś przemówienia z tychże czasów. Przyznam szczerze, że wtedy ich wyśmiałem. Pomysł fajny, ale nieco już wyeksplatowany, no i oczywiście każdemu przychodzi tutaj do głowy Lao Che. Zrzynanie od chłopaków od "Powstania Warszawskiego" było oczywiste. Początek naprawdę kiepski. Potem jednak zaczęli grać. "Hej, całkiem nieźle.", pomyślałem. Na następnym kawałku już skakałem w tłumie i zdzierałem gardło. Miałem niestety pecha na pierwszym pogo wylecieć nieco dalej i rąbnąć plecami o kant barku. Trochę boli do dzisiaj, ale co tam. Energia na tym koncercie była niesamowita. Wokalista miał naprawdę dobry kontakt z publicznością i widać było, że bardzo nas rozgrzał. Szczególną uwagę muszę zwrócić na kawałek "Lech Wałęsa". Spodziewałem się jakiegoś kiepskiego utworu o niskich walorach politycznych. Ale na całe szczęście się pomyliłem. Naprawdę mocno mnie zaskoczyli tą piosenką. Ciekawą zaletą całej twórczości Holy Smoke jest przewidywalność tekstów. Na drugim refrenie prawie każdego kawałka mogłem już śpiewać razem z zespołem, chociaż teraz nie pamiętam ani jednego fragmentu(poza "Wałęsą"). Zarobili u mnie naprawdę dużego plusa za całokształt. Mam nadzieję zobaczyć ich jeszcze raz, może nawet na nieco dłuższym występie.


Kiedy tczewski zespół już się zwijał, bardzo szybko na scenę wkroczył Fosfor. Od pierwszego spojrzenia coś mi w nich nie pasowało. Tym razem wrażenie był prawidłowe. Wybaczcie, ale moim zdaniem występ w białych koszulach wcale nie wyglądał "fajnie". Tyle o wizerunku scenicznym. Nadchodzi czas na muzykę. Do dziś nie doszedłem do tego, czy to było kilka kawałków, czy jeden długi z przerwami. wszystko brzmiało identycznie, od początku do końca. W porównaniu do Holy Smoke, ten występ był po prostu fatalny. Wokalista może i był charyzmatyczny, ale zabrakło mu jeszcze dobrego głosu. Gitary, bas i perkusja cały czas po prostu nawalały ten sam rytm i nie mogłem znaleźć tam jakiejkolwiek różnorodności. Szkoda, ze grali dłużej od poprzedniego zespołu. Moim zdanie na to nie zasługiwali. No cóż, pozostało mi czekać na gwiazdę wieczoru...


Kazali czekać na siebie długo. Moim zdaniem za długo. Strojenie instrumentów i robota dźwiękowca ciągnęły się w nieskończoność. W międzyczasie zrobiono coś co mnie zabiło i zmiotło z powierzchni ziemi. Wniesiono nowe mikrofony... oplecione sztuczną winoroślą. Najpierw zdziwienie, a następnie paniczny śmiech z mojej strony. No nic. Czekamy dalej. W końcu, nareszcie, oto nadchodzi... Hunter! Dokładnie tak jak dwa lata temu. Darcie się, klaskanie i czekanie na pierwszy utwór. tym razem już długo nie musieliśmy czekać. Na początek "Strasznik", który w wersji na żywo brzmiał znacznie lepiej niż na albumie. Już oczywiście rozpętało się gigantyczne pogo na pół sali, ludzie wokół krzyczeli, rozpoczął się ten szał, na który tyle czekałem. Zaraz potem "Śmierci Śmiech" wywołał jeszcze większe szaleństwo. Ja akurat na tym kawałkiem nie przepadam, ale doskonale pamiętam, że dwa lata temu zgrali go u nas po raz pierwszy jako zapowiedź nowego albumu. Jakiś taki sentyment mnie złapał i już za chwilę latałem w tłumie. W między czasie dostałem też glanem w twarz. Norma. Jako że był to "Hellwood Tour", z tej płyty grali sporo. Jakoś to przeżyłem, zwłaszcza, że wszystko to brzmiało na żywo znacznie lepiej niż na albumie. Zdziwił mnie natomiast powrót do "Requiem", z którego zagrali aż dwa kawałki. Nie mało było oczywiście "T.E.L.I..." i "Medeis". Zabrakło mi kilku utworów do pełni szczęścia, ale najważniejsze poleciały. "So", "Płytki Dołek", "T.E.L.I...", "Wyznawcy". Wszystko to było zagranie świetnie. Do tego Drak miał niesamowity kontakt z publicznością. Śmieszył mnie nieco fakt, że miał na sobie ten boski cylinderek, w skutek czego nie mógł za bardzo machać głową. Rozbroiła mnie natomiast jego laska, którą wziął do reki podczas kawałka "Duch Epoki". Za dużo mroku, panowie. Pochwalić muszę oczywiście Jelonka. Jak zwykle zagrał jeden ze swoich kawałków plus mała improwizacja. Świetne zagrali "Fallen", sporo improwizacji basowo-perkusyjno-skrzypcowej. Rozbroił mnie nieco Drak, który zaczął śpiewać refren "Argesa", po czym rzucił mniej więcej takie słowa: "To by było na tyle z tego kawałka, ponieważ reszta zespołu nie chce go grać".
Koncert uważam za bardzo, bardzo udany. Mam nadzieję, że że Hunter jeszcze tutaj zawita, a ja znów będę mógł powspominać.

piątek, 6 listopada 2009

Po tym to ja potrzebuję nowych uszu...

Czasem człowiek chce sobie spokojnie posłuchać muzyki. Czasem ktoś niesamowicie upierdliwy i zażarty musi przesłuchać całą płytę, "bo tak". Co ciekawsze, poprzednie albumy tego wykonawcy wcale nie były złe. No i w końcu się człowiek nadział. Ja właśnie oberwałem przy...

Paramore - "Brand New Eyes"

Zazwyczaj tę kapelę określano mianem punka z niewielkimi napływami popu. Po usłyszeniu tego, czego nazwę przeczytać możenie powyżej, muszę wybuchnąć pustym śmiechem. Dajcie mi na to sekundkę... no, już wystarczy. To czego przyszło mi słuchać, mogę określić tylko i wyłącznie mianem mało ambitnego popu z wykorzystaniem ciężkich przesterów do gitar elektrycznych.
Zawiodłem się. Karteczka z tym tytułem wisi u mnie już od dłuższego czasu, ale musiałem nadrabiać stare zaległości. No to jak w końcu się dorwałem, miałem nadzieję na coś dobrego i miłego, co warto będzie wspominać przez jakiś czas. A tu wyskakuje mi coś, co sprawiało mi ból. Uszy krwawią, już w połowie musiałem naprawdę mocno powstrzymywać rękę przed kliknięciem "stop". Udało mi się, ale nadal nie wiem czy był to dobry wybór. Czuję, że tej płycie dużo czasu nie poświęcę. Nie jest to czyste lenistwo(nie w takim stopniu jak zwykle, znaczy), ale po prostu sam album nie zasługuje na wiele poza potwierdzeniem mojej tezy, że jest to po prostu kiepścizna. Podczas przesłuchiwania pierwszego kawałka jeszcze źle nie było. Ale potem zaczął się drugi, potem czwarty a potem już biłem się z ręką. Nie wiem czy dokładnie to określę, ale ta płyta po prostu odpycha. Jeszcze słuchając pierwszego utworu da się żyć. Potem, kiedy dochodzą kolejne, to jest coraz gorsze. Wszystko brzmi praktycznie tak sama. Jedyna inspiracja punkowa tego zespołu jest chyba losowe i szybkie walenie w struny nienastrojonej, za to mocno przesterowanej gitary. Ale szczerze mówiąc nawet nie wiem, czy weszła tu tak ambitna rzecz jak losowość. Większość brzmi jakby wszystko było oparte na jednym uderzeniu i do widzenia. Klepanie w gary brzmi nie lepiej niestety. Dum-tsss-dumdum-tsss... I tak do końca płytki. A nie, sory, gdzieś tam kojarzy mi się jakieś przejście: Dum-tsss, dumdumDUP! i to by było na tyle. Ale i i tak lepsze to od basu, który w ogóle nie brzmi. A nie brzmi, ponieważ go nie słychać. I tyle. Jeśli chodzi o wokal, to na szczęście nie schodzi poniżej poziomu bardzo niskiego. Czasem nawet wejdzie po drabinie kiepskości do słabego.
Odradzam płytę pod każdym względem. Mało ambitna, nie brzmi dobrze i generalnie nie opłaca się marnować na nią czasu. Weźcie do szanownych łapek coś znacznie lepszego i wypróbowanego.

czwartek, 5 listopada 2009

Radio Hybryda!

Pięć osób...
Nieograniczone możliwości internetu...
Jedno radio...

To nie jest żart. Startuje Radio Hybryda! Razem z paroma znajomymi skorzystaliśmy z cudownego narzędzia, jakim jest internet. Co tu dużo gadać? Słuchajcie jeśli macie ochotę i czas! Zaczęliśmy niedawno, więc mogą występować niewielkie kłopoty techniczne, ale na pewno szybko temu zaradzimy.
Możecie słuchać Radia Hybryda za pomocą Winampa, Windows Media Playera lub Real Playera. Wystarczy ściągnąć link i słuchać.

Winamp:
http://s4.radiohost.pl/play-8012.pls

Windows Media Player:
http://s4.radiohost.pl/play-8012.asx

Real Player:
http://s4.radiohost.pl/play-8012.ram

Życzę miłego słuchania!

poniedziałek, 2 listopada 2009

Spętana boskość

Kolejna nowa płyta starego zespołu. Jakiś wysyp ostatnio, ja nie wiem. Nieważne, jest i tyle. Natomiast mamy tu coś, z czym się dawno nie spotkałem. Pierwszy raz od długiego czasu album jest w zupełnie innym stylu niż starocie, a mimo to... jest niezły. Pewnie sporo osób będzie chciało mnie zlinczować, ale co tam. Postaram się powiedzieć coś na swoją obronę. Rozpoczynamy więc sprawę...
Alice in Chains - "Black Gives Way to Blue"

To dość powszechna praktyka, że zawsze porównujemy nowe albumy do poprzednich. W tej kwestii, nowe Alice in Chains nie ma najmniejszych szans ze starociami. A to smutne, bo nowość wcale najgorsza nie jest. Problem polega na tym, że ja się tam nie mogę dopatrzeć tych starych kudłaczy od "Man in the Box".
Nowe Alice in Chains nie brzmi jak Alice in Chains. Skądś to znamy, nie? Tylko że tutaj różnica polega na tym, że płyta jest wcale nie najgorsza. Słychać niestety, że zespół sporo stracił wraz ze śmiercią Staley'a. To był naprawdę charakterystyczny człowiek, ze świetnym głosem. Za to też pochwała należy się pełnoprawnemu już wokaliście, Williamowi DuVallowi. Nie jest łatwo zastąpić takiego człowieka, zwłaszcza w tak popularnym zespole. Trzeba mu przyznać, że radzi sobie naprawdę dobrze. Zasługę na pewno ma tutaj coraz wyraźniejsza zmiana stylu grupy. Już jakiś czas temu odcięli się od grunge'u, ale tutaj z całą pewnością zatarli stare ślady. Nie powiem, żeby wyszło im to na dobre, ale też źle nie jest. Ciekawi mnie, że Cantrell zdecydował się na samodzielne nagrywanie gitary w studiu, a DuVallowi zostawił tylko koncerty. W sumie nie zmieniło to znacznie brzmienia, ale jednak jakoś mi to nie pasuje. Jakieś złe przeczucie czy coś. Co do samej gitary, czuć to całkowite przejście na hard rockowo-heavy metalowy styl. Brzmienie jest ciężkie i rytmiczne, a jednocześnie nie straciło melodyjności. Bardzo lubię taka gitarę i tutaj duży plus. Perkusja i bas pozostają mocno w tle. Żadne nie wyróżnia się praktycznie w ogóle. Cóż, ich zadaniem jest grać dla zespołu i to wychodzi im świetnie, więc więcej nie wymagam.
Płytę polecam jak najbardziej. Starzy fani kapeli mogą mieć wątpliwości, ale dla mnie ten album ma swój charakter, jest inny, ale też bardzo dobry. Nie ma za bardzo czego się czepiać, mi zostaje tylko słuchać dalej.

niedziela, 1 listopada 2009

Węgierski Klan?

Folk metal. W tych oto dwóch słowach zawiera się gatunek muzyczny jednoznacznie kojarzący się z gitarami i skrzypcami w parze, jakimś wymarłym językiem i energią. Wszystko to zalane dużą dawką regionalnego piwa i jednostajnie nawalająca perkusją. Do tego prawie wszystkie zespoły tego nurtu brzmią prawie identycznie. I co ja do jasnej cholery w tym widzę? Nie wiem, może ta dziwna energiczność tak na mnie działa, może to obcy język(ej no, wreszcie nie rozumiem o czym oni śpiewają), może coś jeszcze innego. Ograniczę więc zbędne komentarze i przedstawię Wam dzisiaj...

Dalriada - "Arany-Album"

Zacznijmy od jasnego stwierdzenia: Wszystkie zespoły folk metalowe krążą wokół dwóch, może trzech konceptów i na tym się kończy. Tutaj po prostu trąci mi mieszanką Korpiklaani i Eluveitie. No ale co tam, ważne jest ciasto a nie składniki, jak mawia jedno z najbardziej oklepanych przysłów, które tak często powtarzam.
Album zły generalnie nie jest. Problem w tym, że nie wybija się ze schematu. Generalnie rzecz biorąc mamy tutaj przedstawione ni mniej ni więcej niż to, co dał nam Leśny Klan, tyle że po węgiersku. No, może nieco ostrzej. Kawałek po kawałku, czuję taki zjazd od kilku innych zespołów tego samego nurtu, że w pewnym sensie przeszkadza mi to w odbiorze tej płyty. Chcę się skupić na fajniejszym kawałku, ale po głowie ciągle chodzi mi coś w deseń "O, prawie jak Finntroll". I jak tu się skupić? A naprawdę szkoda, bo całość jest wcale niezła, kilka kawałków na pewno pójdzie na mp3, może nawet kilka razy wrócę do całości. Bardzo podobają mi się spokojniejsze fragmenty, z użyciem chóru i dużej ilości żeńskiego wokalu. Szkoda, że jest tego tak mało. Pomysł do rozwinięcia, bo się marnuje że aż boli. Co do sekcji muzycznej to wiele powiedzieć nie można. Panowie, nie zrzynamy, no. Ja wiem, że Eluveitie jest świetnym zespołem, ale gitarzyści mogliby czasem wykazać się inwencją twórczą. Nie brzmi to źle, ale to już wszystko było, i to kompletnie wyeksplatowany pomysł. Perkusista natomiast za młodu musiał siedzieć na kolanach przebranego za Świętego mikołaja bębniarza Korpiklaanów. Brzmi po prostu identycznie jak na całej dyskografii finów, jakby to jedna i ta sama osoba grała. Ale to jeszcze nie wszystko! Otóż użycie fletu i skrzypiec po porostu mnie zabiło. Plagiat idealny od Leśnego Klanu. Ja rozumiem, że to ten sam gatunek muzyczny, ale z tabulatur innych zespołów korzystać naprawdę nie trzeba.
Pomysł całej płyty jest naprawdę dobry, ale za bardzo trąci innymi zespołami. To smutne, ponieważ sam album jest zaprawdę niezgorszy. Warto posłuchać, bo muzyka dobra i naprawdę nieźle rokuje na przyszłość. Tylko nieco mniej ściągania by się przydało.

Cieni świat

Sam nie wiem czemu, zawsze jakoś miałem słabość do kapel, które dodawały sobie przedrostek "prog" do deklarowanego nurtu muzycznego. Nie żebym jakoś szczególnie siedział w progresji, a zwłaszcza w jej zdumiewającej ilości nazw(pamiętajcie, neo-prog i post-prog to zupełnie różne rzeczy i te sprawy). Ale zauważyłem ostatnio że coraz więcej zespołów w mojej kolekcji jest określane jako szeroko pojęta muzyka progresywna. Ej no, trudno się mówi, i tak nie lubię szufladkowania zespołów dalej niż nurtami. W każdym razie kolejna "progowa" płytka wpadła mi w łapy. Czuję się więc zobowiązany przedstawić Wam...

Knight Area - "Realm Of Shadows"

Czytam nazwę zespołu i płyty, patrzę na okładkę, myślę sobie, że mnie zaraz jakiś mrok do potęgi szatana obskoczy. A tu niespodzianka! Na początek wesołe dźwięki syntezatorów i miła gitarka. Najpierw siedziałem nieco zdziwiony, ale co tu gadać, szybko mi się spodobało.
Pierwsze co mi wpadło w ucho, to sporo instrumentalki. Naprawdę większa część albumu opiera się na przemiennych solówkach gitary i syntezatora. Powiem, że pomysł wcale nie gorszy, spodobała mi się ta koncepcja. Jest przyjemna i stanowi bardzo dobrą muzykę tła. Szczególnie super-kawałków tutaj nie ma, nawet nie wiem czy coś z tego będę miał na mp3, ale to wcale nie mówi źle o płycie. Jest to jasny koncept, wszystko ma całość i rozdzielanie tego obniżyło by znacznie walory całości. No, może tytułowy kawałek można posłuchać osobno. Ale reszta jakoś traci wątek nawet przy pomieszaniu utworów. Jak już tego słuchać, to w całości, ot moja rada. Jeśli chodzi o konstrukcję pojedynczych fragmentów, są tu jakby dwa pomysły. Dłuższe kawałki wypełnione spokojnym wokalem, chórkami i rytmiką. te jednak niestety dość szybko się nudzą i za trzecim razem człowiekowi już nie chce się tego ruszać. Drugi koncept to szybsze utwory. Właśnie tam syntezator świetnie miesza się z gitarą w naprzemiennych solówkach. ciekawi mnie, że te kawałki są bardzo krótkie, mają po dwie minuty, podczas gdy reszta ma sześć lub siedem. Szkoda, bo ten pomysł mógłby być rozwinięty ze znaczną korzyścią dla muzyki zespołu. Muszę oczywiście pochwalić pracę basisty, który poza graniem rytmicznym świetnie potrafi się nieznacznie wybić, tak że jeśli ktoś chce go usłyszeć, na pewno mu się udać. Jest w tym też pewnie zasługa syntezatorów, których nierzadko używa. Co do wokalu to mam jednak kiepskie odczucia. Głos wcale nie jest zły, śpiewać też Mark Smit w sumie potrafi. Ale jednak coś jakby nie ta droga. Po prostu ten głos nie jest nadzwyczajny, niczym się nie wyróżnia i nie zwraca na siebie zbyt pozytywnej uwagi. Natomiast jeśli ktoś się przysłucha perkusji na całej płycie może się lekko zaśmiać. Przepraszam, ale identyczne uderzenia lecą po całości i sprawia to wrażenie jakby kto umarł za tymi garami, ale jego mięśnie były zbyt zamulone żeby zwrócić na to uwagę.
Album przesłuchać można. Raz i drugi, a potem wziąć się za coś innego, bo to jednak w gruncie rzeczy dość nudna płytka i jakoś tak bez polotu. Amen.

piątek, 30 października 2009

Ostatnie spojrzenie? Ale ja chcę więcej!

Ile to już razy wypowiadałem się na temat nowych płyt starych zespołów? Nie liczyłem, ale sądzę, że można by to przyrównać do liczby atomów w łyżeczce, którą właśnie mieszam herbatkę. A ile razy się myliłem? Tego też nie wiem, ale na szczęście mogę powiedzieć: sporo. No i oto kolejny przypadek, gdzie z nostalgią wspominamy stare przeboje z niechęcią odpalając nowy album, a trzy dni później nie możemy przestać podśpiewywać tego cholerstwa. Z wielką radością i skruchą wręcz przedstawiam...
Europe - "Last Look At Eden"

Przyznajcie szczerze, kto nigdy nie słyszał "The Final Countdown"? Nie widzę rąk w górze, możemy kontynuować. Po takim hicie zespół zapisuje się w historii muzyki na stałe. Kiepskim tego aspektem jest to, że przebić coś takiego w przyszłości okazuje się prawie niemożliwe. Nawet jak nagrasz lepszy kawałek, i tak wypromowany już kawałek zostanie Twoją flagą do końca świata. Natomiast nie wolno nam o takim zespole zapomnieć, zwłaszcza, jeśli nie spoczął na laurach.
Początek powiem szczerze zniechęcający. Minutowe intro przy pomocy orkiestry symfonicznej? Sami to sobie skomentujcie, mnie sił szkoda. Natomiast w ciągu kolejnych dziesięciu sekund wiedziałem, oj wiedziałem, że ten album na długo wryje mi się w pamięć. Tym razem przeczucie trafne w sam środeczek dziesiątki. Tytułowy kawałek chodzi mi po głowie praktycznie wszędzie, nieświadomie go nucę, za każdym razem gdy go słucham po prostu umieram. Jest cudowny, boski i w ogóle zachwycam się nim absolutnie. Co do reszty płyty, jest prawie równie świetna. Są oczywiście zapychacze, ale problem jest taki, że te zapychacze też są boskie. Rozwodzić się mogę na prawie każdy aspekt nowej płyty. Jestem absolutnie zaskoczony i to pozytywnie w znacznie więcej niż stu procentach. Zaczynamy oczywiście od słynnego Joeya Tempesta, Kanadyjczyka, któremu w późnych latach siedemdziesiątych przyśniło się grać hard rocka. Od roku 1979, pomimo tysięcy zagranych koncertów, milionów prób i godzin spędzonych w studiu, ten człowiek nie potrafi sobie zedrzeć głosu. Przez te trzydzieści lat zmienił się naprawdę nieznacznie, praktycznie nie słychać śladów starcia gardła, a wokal zachwyca pod każdym względem. Raz śpiewa wyżej, raz niżej, zmienia tonację, prędkość, no po prostu geniusz i koniec. Gitara, perkusja, bas, to wszystko stanowi tło idealne. Panowie z sekcji muzycznej starają się jak mogą i wychodzi im niesamowicie. W prawie każdym momencie płyty są idealnie zgrani, a pomimo tego każdy potrafi się świetnie wyróżnić. Norum na gitarze gra rytmicznie, ale jak przyjdzie do solówki to zapyla palcami po całym gryfie jak jakiś stary wirtuoz. Bas i perkusja tworzą doskonałe tło rytmiczne, nie wybijając się niepotrzebnie. Zdziwiło mnie znacznie obniżenie roli klawiszy w ich muzyce. Zawsze tworzyło to część ich klimatu, ale jak się człowiek nie czepia jak ja to wcale tak tego nie słychać. Podczas ostrych kawałków natomiast można usłyszeć świetną prace skrzypków z Czeskiej Orkiestry Narodowej. Tak, fragmenty symfoniczne nagrali Czesi, to nie jest błąd. Te skrzypce są po prostu idealne dla niektórych utworów, bez nich nie brzmiałyby tak świetnie.
Mógłbym się jeszcze długo nad tym wszystkim zachwycać, ale po co. Mogę Wam tylko polecić tę płytę. Koniecznie przesłuchajcie, bo opowiedzieć się wszystkiego po prostu nie da.

Rock'n'roll i darcie ryja dla Szatana.

Po raz kolejny Vrael dzielnie stoi dwa metry od wejścia. Po raz kolejny trzyma w drżącej dłoni kolorowy świstek papieru warty kilkadziesiąt złotych. Po raz kolejny jego bębenki zostaną zdezintegrowane skoncentrowanym napływem decybeli...
Wszystko wygląda pięknie. Cztery zespoły, paczka znajomych i zdzieranie gardła i mniej pancernych części ciała. Ostatni koncert na trasie, więc wszyscy mają nadzieję, że panowie zawstydzą TurboDymoMena i dadzą z siebie 200% czadu. A jak było, posłuchajcie...

Już od paru lat biegam po koncertach, ale takiego widowiska jak koncert Black River na niewielkiej salce nie widziałem. Oczywiście, gigantyczne wydarzenia na kilkadziesiąt tysięcy ludzi to inna sprawa, ale ja mówię o tych paru metrach kwadratowych. Już drugi raz obserwowałem tę kapelę na żywo i skomentuję to jednoznacznie: Więcej! Choć ostatnio płyta była lekkim zawodem(wciąż uważam że debiut był lepszy), to koncert był po prostu boski. Muszę też przyznać, że na żywo utwory z "Black'n'rolla" brzmią znacznie lepiej. Od samego początku ich występu skakałem, machałem łapami i darłem się na całe gardło. Ponownie wyrażam zachwyt na samym składem grupy. Taff na wokalu to istne tornado sceniczne. Dłużej niż dziesięć sekund w miejscu nie ustał, co chwilę podstawiał mikrofon publiczności(Ha! Znowu dorwałem się na kilka sekund do mikrofonu, tym razem na "Jumping Queeny Flash"), przybijał piątki(Złapałem dwie, lans, lans), podrywał publiczność do klaskania, śpiewania, pokrzykiwania i robił wszystko, żeby żaden człowiek na sali nie stał bezczynnie w miejscu. Bardzo podobnie można powiedzieć o reszcie zespołu. Kay, Art i Orion skakali nie mało, nieraz podbiegali do mikrofonu i widać było, że świetnie się bawili. O to przecież chodzi w koncertach, nie? Publiczność ma się bawić z zespołem. Black River wyszło to niesamowicie. Z niecierpliwością wypatruję kolejnego koncertu. Jedno co mnie wręcz wkurzyło to czas. Panowie jako pierwszy support dostali niecałą godzinę, co zdecydowanie nie zadowoliło ludzi na sali. Skandowaliśmy o bis aż do momentu, gdy techniczni kolejnego zespołu zaczęli rozstawiać sprzęt...


Nie oszukujmy się: Drzeć ryja dla Szatana tez trzeba umieć. Hermh nie umie. Z sali wyszliśmy sporą grupką już po dwóch minutach, a nie było to łatwe, gdyż ludzie opuszczali miejsca pod sceną niczym szczury tonący statek. Już na wstępie wyśmiałem zespół bezlitośnie. Dlaczego? A co Wy byście zrobili, gdybyście usłyszeli przed koncertem sączący się z głośników Mhroczny szept "Aveee... Satanassss..." I tego typu. Ja się szczerze uśmiałem. Na szczęście w klubie znaleźliśmy takie fajne miękkie foteliki i na nich przesiedzieliśmy występ. Serio, po Black River byłem po prostu zdegustowany. TO dostało więcej czasu od tak świetnej kapeli? Coś mi tu nie grało. Kiczowate ociekanie mrokiem i taka ilość mroku wyciekająca ze sceny, że nie człowiek nosa nie widzi. Może i niektórym się to podoba, ale dla mnie to po prostu absolutna porażka, żadnej wartości artystycznej i zero przyjemności. Dziękuję.


Dłuższa przerwa, po której następuje muzyka mniej bogata w Szatana za to nieco bardziej zróżnicowana i trochę lepsza. Oto znak, ze na scenę wchodzi Azarath. Nie pchaliśmy się nawet pod scenę, chwilę pokręciliśmy się na balkonach i z powrotem na foteliki. Nieco lepiej niż w przypadku Hermha, znacznie mniej kiczu, ale nadal nie mogłem się przy tym bawić. Wybaczcie sformułowanie, ale za dużo napierdalania jak dla mnie. Nie mogę powiedzieć że muzyka zła, ale po prostu do mnie nie przemawia. To się da łatwo obejść po prostu ignorując dochodzące z sali dźwięki i dalej siedzieć na mięciutkich siedzonkach i miło spędzać czas z przyjaciółmi. Ale uwaga, uwaga... po dłuższym czasie zapada cisza, a ludzie zaczynają z powrotem napływać pod scenę... Czas w końcu iść na nimi...


Prawda jest taka, że im dłużej człowiek czeka, tym bardziej jest wkurzony. a Behemoth kazał nam czekać baaardzo długo. Sala pełna, z balkonów ludzie prawie wypadają, a zespołu nie ma, i nie ma, i nie ma... Po dłuższym czasie w końcu ilość dymu się wzmaga, z głośników coraz głośniej leci psychodeliczna muzyka. I nagle na scenę wychodzą cztery postacie. Chwila mroku po czym... paniczna śmiechawka. To było po prostu zbyt Tró. Gdyby chociaż zaczęli grać, wyszłoby to fajnie. Ale kiedy stali tak pięć minut, z tymi dumnymi pozami, ociekający czarno-białym makijażem i generalnie Szatan taki, że się w galaktyce nie mieści. Jeszcze Ci ludzie wokół, z minami Marki "Czcij Mrocznego Pana albo giń w mękach piekielnych" nr 5. Ja naprawdę nigdy nie byłem przeciwko tego typu mentalności, ale w pewnych sytuacjach mnie ona po prostu śmieszy. Kiedy w końcu przypomnieli sobie, że mają jeszcze dzisiaj zagrać koncert, nieco się wszystko ruszyło. Oczywiście tłum idiotów zaraz zaczął "pogo", dla nich polegające na napiedzielaniu kogokolwiek czymkolwiek. No ale miało być o muzyce. Jeśli chodzi o Behemotha, zbytnio ich nie słucham, ale twórczość znam i szanuję. Natomiast na koncercie nie brzmiało to najlepiej. Pierwszy kawałek stałem dość obojętnie, drugi natomiast nieco mnie już porwał(choć nie znałem tytułu, a to dość dobrze świadczy o zespole). Potem kilka zróżnicowanych utworów, jedne lepsze, drugie gorsze, i znowu zdecydowaliśmy się opuścić salę. Przy "Conquer All" kusi mnie żeby wrócić i poskakać, ale się powstrzymałem. Ich występ raczej mnie zawiódł, po tylu opowieściach spodziewałem się nieco więcej.
Generalnie rzecz biorąc całość dzielę na trzy działy: Black River(esencja zajebistości), Spotkanie z przyjaciółmi(esencja zajebistości Mk II) i reszta koncertu(...). Czy jestem bardziej niż zadowolony że poszedłem, średnia wypada całkiem nieźle. Na samego Behemotha już się raczej nie wybiorę, ale Black River muszę zobaczyć koniecznie.

sobota, 17 października 2009

Nie znasz tego kawałka? I tak śpiewaj.

Pośród nawału cięższych płyt człowiek czasem ma ochotę na coś lżejszego. I nie mówię tutaj o lekkim rocku w stosunku do metalu, ale o czymś zupełnie innym. Czymś spokojnym, przyjemnym. Bardzo mnie cieszy, że akurat taki album zapisany został w moim notatniku. Miłą muzyczkę rodem z Islandii serwuje nam dzisiaj...

Mum "Sing Along To Songs You Don't Know"

Będąc zupełnie szczerym, o tej płycie dużo się powiedzieć nie da. Już sam zespół budzi dość mieszane uczucia. Niby cały czas grają to samo, niby nic się nie zmienia. Ale w tym konkretnym przypadku można sobie zadać pytanie: A musi się zmieniać? Dla mnie nie.
Zachwytu nie ma. Szczególnego entuzjazmu też mi gdzieś zabrakło. Co najciekawsze, ten album chyba został tak sprytnie skonstruowany, żeby nie budził wielkich emocji. Po prostu ot, spokojna i miła muzyka. Wiadomo, gdzie Islandia, tam eksperymenty muzyczne. Tutaj również sporo kombinowania się znalazło. To dziś nie mogę wyjść z podziwu dla muzyków, którzy biorą się za połączenie syntezatorów, różnych skomplikowanych efektów z wesołą melodyjką instrumentów ludowych. A asortymentem tychże wyspiarze mogą się pochwalić. Od przypominających cytry strunowców po najzwyklejszą deskę z dwoma brzęczącymi kawałkami metalu. To wszystko przykryte tradycyjnym już dla Muma cichym wokalem(w tej roli słyszymy całkiem sporą ilość wykonawców, co ciekawe), mniej popularnymi instrumentami jak trąbka czy kilka rodzajów skrzypiec no i oczywiście masa dźwięków, które tylko komputer i zręczny operator mogą wytworzyć.
Co tu dużo mówić? Płyta warta posłuchania. Wątpię, abym często do niej wracał, ale na pewno jest w stanie wytworzyć klimat na kilka ładnych wieczorków.

Gramy!

Gdynia. 3 października. Godzina 9:50. Trzy osoby stoją pod wejściem głównym Parku Naukowo-Technologicznego.
Godzina 10:00. Chłopak w glanach, spodniach moro, pomarańczowej koszulce i czarnej chuście na włosach pojawia się w drzwiach wejściowych do olbrzymiej sali zastawionej stołami. Zostaje przywitany okrzykiem "Witamy naszego pierwszego uczestnika!" i serdecznymi brawami.
Godzina 10:40. Zabrakło stołów. Przyślijcie wsparcie...


Na dwa dni, 3 i 4 października, olbrzymia sala w środku Gdyni zmieniła się w gigantyczną gralnię gier planszowych. Była to pierwsza edycja festiwalu "Gramy!", która ma się odbywać cyklicznie dwa razy w roku. Sukces przedsięwzięcia przekroczył najśmielsze oczekiwania organizatorów. Podobno przyszło trzy razy więcej osób niż było to zakładane. Było to widać już o godzinie 11, kiedy przyniesiono dodatkowe stoły, a pół godziny później pozwolono rozkładać gry na podłodze.
Ten widok był po prostu piękny. Setki fanów gier planszowych, od najmłodszych graczy prostych gier, poprzez wyjadaczy strategicznych po starszych ludzi mających przyjemność z poznania czegoś poza Monopoly i Chińczykiem. Nie było mowy o nudzie. Na uczestników czekało ponad 200 gier w całkowicie darmowej wypożyczalni. Jeśli ktoś nie znał zasad, wystarczyło poprosić kogoś z obsługi. Nie masz partnerów do grania? Wystarczyło przejść się po sali i zaczepiać losowych ludzi z pytaniem "Grasz w Jungle Speeda?" i po 10 minutach siedziałeś obok sześciu osób grając w najlepsze. Tam nie było mowy o krępacji czy czymś takim. Zauważyłem stolik, przy którym siedzą trzy osoby i grają w Carcassonne. Spytałem czy mogę się dosiąść. "Jasne, siadaj! Znasz zasady? Nie? No to słuchaj. Na początek..." I tak dalej.
Poznałem wielu świetnych ludzi, grałem w wiele niesamowitych gier, brałem udział w turniejach. Po prostu wymarzony dzień. Wszedłem o 10, wyszedłem o 22. Nie mogłem się stamtąd wyrwać. Calutki dzień podczas którego myślisz jedynie, czy opłaca Ci się już teraz wystawić Strzelca, czy poczekać na rozwój wydarzeń. Oczywiście organizatorzy zadbali o to, bym nie miał za dużo czasu na swobodne przemierzanie terenu imprezy. Strefę turniejową odwiedzałem co chwilę. Już o dwunastej odbył się turniej gier live-action, w których liczy się szybkie myślenie i zręczne dłonie. Jungle Speed, Palce w Pralce, Hands Up! i kilka innych, 15 uczestników i zabawa gwarantowana. Oczywiście dla najlepszych były nagrody, ale jakoś nie zauważyłem, żeby komuś specjalnie na nich zależało, chodziło o ten świetnie spędzony czas. Musze pochwalić organizatorów za inicjatywę stworzenia kącika gier dla dzieci, a nawet turniej dla nich. Dzięki temu ktoś, kto przyszedł z małym dzieckiem mógł spokojnie grać na głównej sali i wiedzieć, że jego dziecko też świetnie się bawi. Spotkałem kilka osób, które specjalnie przyjechały tu na turniej Ticket To Ride (które był też eliminacjami do mistrzostw Europy na poziomie wojewódzkim), a swoje dziecko zostawiły właśnie w tym kąciku. Około godziny piętnastej nawet na podłodze zabrakło miejsca do gry. Po prostu nie mogłem uwierzyć oczom. W końcu w Trójmieście coś się ruszyło w tym klimacie, i jak widać sporo osób podchwyciło. To było widać na pierwszy rzut oka, choćby w zachowaniu uczestników. Każdy mógł grac z każdym, nie było żadnego podziału. Osobiście z wielką chęcią wytłumaczyłem pewnej grupce zasady Neuroshimy Hex i pokierowałem ich pierwszą bitwą. To był0 świetne uczucie. Podczas imprezy odbywały sił również pokazy najnowszych gier dopiero wchodzących na nasz rynek, niestety nie miałem okazji zobaczyć żadnego z nich. Za to o godzinie siedemnastej, dnia pierwszego, zaczęło się coś, na co czekałem najbardziej. Turniej Neuroshimy Hex! Dwudziestu czterech graczy(z czego niektórzy byli naprawdę niezłymi wyjadaczami) stanęło(usiadło?) na przeciwko sobie kierując czterema armiami post-apokaliptycznego świata. Uwaga! W tym momencie muszę zrelacjonować dokładniej ten turniej, gdyż brałem w nim udział i jestem strasznym Neuroshimowym nerdem. Osoby o mniejszej cierpliwości prosimy pominąć ten akapit.
Pierwsza runda została przeprowadzona w systemie czwórkowym. cztery osoby na planszę, dwie rozgrywki po 20 minut, losowanie sztabów. Do następnej rundy przechodzi ten, kto po dwóch rundach będzie miał łącznie najwięcej punktów życia sztabu. W pierwszej turze wylosowałem Hegemonię. Kiepski początek, do tego jedynym w miarę dobrym ustawieniem na mapie był sam środek. Przez 20 minut mając niesamowitego pecha w żetonach zbierałem obrażenia od pozostałych graczy. Runda zakończyła się wynikiem 17/15/13/11, przy czym mój wynik plasował się na szarym końcu. Miałem jednak niesamowite szczęście w drugiej turze. Wylosowałem Molocha, a i w żetonach się poszczęściło. W pierwszej bitwie zebrałem tylko jeden punkt obrażeń i tak tez pozostało do końca walki. Zabunkrowałem się i czekałem, aż gracze zapomną o mojej obecności. Przypomnieli sobie za późno. wynik: 19/15/9/8. Tak więc udało mi się zebrać 30 punktów, co stało się niewielką przewagą i przeszedłem do kolejnej rundy. Tym razem 8 osób, cztery plansze i na każdym mecz 2 na 2. Znowu natrafiłem na Hegemonię, mój przeciwnik Borgo. Dalej, umówmy się, miałem niesamowitego farta w żetonach. Po niecałych 10 minutach zakończyłem mecz wynikiem 16:0. Została nas czwórka. Czas na finał. Niestety, po drodze czas imprezy się skończył i musieliśmy się przenieść do restauracji Eureka, gdzie odbył się finał. Finał, do którego udało mi się dostać. Tam odbyły się cztery mecze. W pierwszym walczyłem jako Posterunek przeciw Molochowi. Po zaciętej walce przegrałem 12:13. W drugiem miałem podobnego pecha. Hegemonia kontra Moloch, tym razem 10:11. Tym oto sposobem Turniej Neuroshimy Hex zakończyłem na czwartym miejscu, z czego jestem niesamowicie dumny.
Impreza była po prostu niesamowita. Ciężko to streścić w tych kilku akapitach, to trzeba przeżyc samemu. Jedyne co mogę powiedzieć, to zachęcić każdego do udziału.

niedziela, 11 października 2009

Powrót do przeszłości

To naprawdę miłe, kiedy stary dobry zespół potrafi nagrać nową, dobrą płytę. Zdarzają się takie przypadki, choć niestety mamy ich coraz mniej. Ja jednak jestem szczęśliwy, że dorwałem się do tej płyty. Co tu dużo gadać, przedstawiam Wam...

Pearl Jam "Backspacer"

Od pierwszych uderzeń wiadomo, że zespół wraca w niezłym stylu. To przede wszystkim płyta dla starych fanów, ale myślę, że i niezaznajomionych z tą legendarną już grupą zadowoli. Na tym albumie nie zabrakło mi absolutnie niczego. Odleciałem w stare czasy Pearl Jamu.
Widać, że panowie z kapeli bardzo się postarali, za co należą im się wielkie brawa. Widać, że nieco zmienili styl na przestrzeni lat. Z grunge coraz bardziej przerzucali się na rock, krok po kroku. Nie robili tego gwałtownie, przez co efekt wyszedł świetny. Każda płyta jest inna, a o niewielu można powiedzieć coś złego. Tak też jest w przypadku "Backspacera". Grunge'owe klimaty znacznie ustąpiły napływowi rocka, ale doskonale wyczuwalny jest stary klimat. Vedder postarał się przy produkcji, dzięki czemu mamy świetne brzmienie, brak zgrzytów i czegokolwiek zdolnego zakłócić wrażenia ze słuchania tej nowości. A do pochwalenia została sama muzyka. Wciąż zaskakuje mnie, jak ludzie, którzy biegają po scenie kilkadziesiąt lat, nie mają chwili wytchnienia od grania i co jakiś czas muszą wracać do studia, potrafią zrobić coś tak świeżego. Głos Eddiego co prawda wykazuje niewielkie starcie, ale "niewielkie" to wręcz za dużo powiedziane. Co do sekcji muzycznej to trzeba powiedzieć jedno. Żadne nie wybija się ponad inne. Gitary niby nie są jakieś szczególnie zachwycające, perkusista wcale się nie popisuje i tak każdy kolejny instrument. Ale powstaje pytanie w pewnym sensie retoryczne. Czy to źle? Dla mnie nie. Wszystko trzyma równy poziom, gra zespół, a nie jego członkowie (Aż mi się chce zasunąć stare porównanie z ciastem, ale jestem głodny, więc się powstrzymam). Wrażenie ogóle jest najważniejsze, i to ono pozostaje w mej wewnątrz-głownej pustce wypełnionej starymi płytami hard rockowych zespołów. Naprawdę miło czasem ponerdzić o cudownych riffach, świetnym perkusiście grającym zza głowy czy chrapliwym basie, ale nigdy nie przebije to zespoły, który w całości gra tak niesamowicie, że szkoda dzielić go na części.
Płytę polecam zdecydowanie. Każdemu, kto lubi posłuchać dobrej muzyki na pewno się spodoba. Można słuchac w całości, można kilku kawałków, ale na pewno zostanie w pamięci na dłużej.

sobota, 10 października 2009

Szarość i bezsens

Gatunek znany jako power metal zawsze kojarzył mi się bardzo dobrze. Wiadomo, Blind Guardian, Jag Panzer, Iced Earth, czego chcieć więcej? Otóż powstało całkiem sporo innych zespołów tego nurtu. Część dobra, część kiepska. Czasem upadali w otchłani kiepskich wytwórni i złego wyboru publiczności, czasem wzrastali do rozmiarów legend. Przykład tego drugiego przedstawię Wam za chwilę. Jak już się pewnie zorientowaliście, wcale nie będzie to ocena pozytywna. Oto...

Sonata Arctica "The Days Of Grays"

Tak. Okładka to najlepszy aspekt tej płyty. Sonaty słuchałem bardzo chętnie, podobał mi się ich styl. Ale to, co zaprezentowali nam na najnowszym wydawnictwie jest zdecydowanie poniżej poziomu zera. Jest po prostu zaskoczony i przesłuchałem materiał kilka razy tylko dlatego, że nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. To brzmi jak podrzędne nagrania zespołu nieudolnie imitującego jakieś Mhrocznie-Gothyckie-Trv-Zespoły. Serio, jestem bardzo niemile zaskoczony, bo czekałem na ich nowy numer.
Poważnie się zastanawiam, czy to na pewno Sonata. Dla pewności sprawdzam na oficjalnej stronie. Ale wystarczy włączyć "Silence" i ten album, a każdy fan zespołu będzie miał wątpliwości. Ja po prostu czegoś tu nie rozumiem. Nawet nie wiem do końca, co mam recenzować. To jest po prostu beznadziejna płyta, ale postaram się to nieco rozwinąć. Zacznijmy od wrażenia ogólnego. Problem w tym, że nie doszedłem nigdzie do sedna sprawy, bo bariera kiepskich partii wokalnych i pomrocznych organów jest tak gęsta, że i piłą łańcuchową bym się nie przebił. Całość po prostu brzmi okropnie. Od strasznej jakości nagrań po kiepskie wykorzystanie instrumentów. Jak już mówiłem, partie wokalne zawiodły mnie straszne. Zazwyczaj duet Tony Kakko/Johanna Kurkela stanowił coś, czego chciało się słuchać, czasem nawet pomijając sekcję muzyczną. A tu kaput. Nie ma co prawda fałszu, ale chyba za dużo eksperymentowania. Często nie potrafię znaleźć związku pomiędzy dźwiękiem wydawanym przez gardła wokalistów a instrumentami. Czasem jedno idzie szybciej niż drugie, czasem w ogóle zwalnia, po czym przyśpiesza. Nie wiem, brzmi to okropnie. Mroczne organki już zdecydowanie nie pasują do konceptu zespołu. Nie tędy droga. To pasuje to garażowych "Gotyckich" zespołów, nie do szybkiego, melodyjnego i porywającego power metalu. Ci ludzie chyba dawno nie słuchali swoich własnych albumów sprzed kilku lat. A może po prostu mieli dość i chcieli nagrać coś nowego? Nie wiem, nie obchodzi mnie to. Niech nagrają mi drugie "Silence", a może im wybaczę ten błąd. Nawet nie chce mi się opisywać pozostałych instrumentów. Dlaczego? Bo wszystkie brzmią równie beznadziejnie. Może gdyby grali to na żywo, wyszło by nieco lepiej.
To wydawnictwo mogę polecić jako idealne źródło czarnego i gryzącego dymu i ognisku lub kominku, ale nic więcej. Radzę zapomnieć i nie przesłuchiwać zanim będzie za późno. Darujcie sobie. A jeśli mnie zlekceważycie... To była tylko moja opinia i nie chcę nikomu wpływać na osąd. Tak czy tak, miłego słuchania innej płyty.

wtorek, 29 września 2009

Po dziewięć razy porażka

Zazwyczaj filmy animowane obchodzę szerokim łukiem, przemykając cichutko w kierunku nieco innych produkcji. Czasem jednak coś mnie podkusi ku mocno już rozwiniętej technice animacji. Zazwyczaj jest to nazwisko producenta, rzadziej trailer. Nieraz bywa, że trafi się naprawdę dobry film. Jednak czasem można się naprawdę nieźle nadziać. Na ten przykład ja, gdyz skierowałem moje kroki ku...

"9" Tima Burtona

Nie wiem, jakim cudem to nazwisko znalazło się na plakacie. Grozili jego rodzinie? Wysadzili mu samochód w powietrze? Porwali kota? Nie wiem, i chyba mnie to nie obchodzi. Ważne jest to, że np. nasz rodak, Tomek Bagiński robi animacje trwające trzy minuty, które "9" Przebijają pod każdym względem. Ten film jest po prostu tragiczny. Zauważyłem dwa, może trzy dobre aspekty tej produkcji. Najpierw jednak o tym, co mnie tak zniechęciło.
Tytułowa Dziewiątka to jedna z kilkunastu szmacianych lalek, w które zaklęte były resztki cywilizacji ludzi. Pomysł bardzo fajny i świeży, ale tylko do tego momentu. Dalej dowiadujemy się, że ludzie zostali wybici do ostatniego przez swój własny twór, Maszynę (Oho, zaczyna się banał...). Dalej, bohater wpada na genialny pomysł, że coś trzeba zrobić z polującą na nich Bestią (Okeeej...). Chwilę potem, Dziewięć nieświadomie budzi Maszynę, a drużynę ratuje tajemniczy bohater, uważany do tej pory za zaginionego (Coraz lepiej...). Następnie, grupa ucieka, lecz kilku z nich ginie. Potem znowu uciekają, a potem kilku z nich znowu ginie. Znowu uciekają i znowu kilku ginie... I tak do końca filmu, gdzie oczywiście nie zabrakło epicko heroicznych momentów.
Ten film był tak tragicznie przewidywalny, że każdy z siedmiu obecnych na sali widzów mógł się poczuć jak jasnowidz. Zawsze doskonale było wiadomo, co stanie się za dwadzieścia sekund. Pierwszy szkielet scenariusza zapewne nosił nazwę "Wzór", zajmował pół kartki A4 i wyglądał mniej więcej tak: "Główny bohater -> epickie wejście -> przedstawienie Wielkiego Zła -> spotkanie przyjaciela -> porwanie przyjaciela bohatera przez Głównego Złego... etc." Dodaj imiona, kilka miejsc, parę szczegółów, zwolnij idiotów, którzy chcieli wprowadzić ambitna fabułę i mamy gotowy hit dla średniej klasy niedorozwiniętych szympansów. Każdy motyw był juz tak wyeksplatowany że aż smutno było na to patrzeć. W momencie, w którym przywódca grupy biegnie po dachu, goniony przez latająca maszynę, człowiek juz widzi to wyobraźnią: Koniec dachu, dramatyczny gest zasłonięcia się rękoma przed pewna zagładą, i w końcu główny bohater w ostatniej chwili ratujący starego upierdliwca, który od tej pory darzy herosa szacunkiem i zaufanie. Otrząsasz się, patrzysz na film i masz deja vu. Takie sceny posiadają wprost zabójczy wpływ na widza. Dobrze, że byliśmy tam większą grupą znajomych, przynajmniej można było się pośmiać. Szczególnie rozbrajające były momenty, w których ktoś rzucał teksty w stylu "Zaraz zacznie padać deszcz.", a w ciągu brzmienia ostatniej sylaby pierwsza kropla wody spada na zmęczonych, ale szczęśliwych bohaterów. Pod koniec już naprawdę musiałem się starać, żeby nie wybiec z sali wykrzykując przekleństwa i ządania zwrotu pieniędzy.
Czas wspomnieć o tych kilku dobrych rzeczach. Szkoda, że było ich tak mało. Po pierwsze animacje, stojące na bardzo wysokim poziomie i robiące spore wrażenie. Post-apokaliptyczny świat został świetnie oddany w formie animacji. Z tym łączy się drga rzecz, czyli świetne projekty robotów tworzonych przez Maszynę. Wyglądały naprawdę niesamowicie i aż szkoda, że zostały wykorzystane w tak kiepskim filmie. Jeśli chodzi o fabułę, muszę pochwalić jeden fragment: Scena, w której do uszu widza dochodzi jedynie łagodna muzyka gramofonu, a jeden z bohaterów ucieka przed cudem ocalałą Maszyną. Scena banalna okrutnie, ale zrealizowana świetnie. No i cóż, to wszystko.
Film odradzam każdemu, kto nie ma co robić w sobotni wieczór. Lepiej zostać w domu i obejrzeć po raz 50 Terminatora , albo poczytać dobra książkę przy starej muzyce rockowej. Jeżli koniecznie Wam zależy na tej produkcji, poczekajcie, az ktoś z Waszych znajomych będzie miał to na DVD.

czwartek, 24 września 2009

Ciemność widzę

Tak to jest, jak się człowiek napali. Świetny zespół, świetny debiut, zapowiedź nowego albumu... Na szczęście pierwsze wrażenie da się naprawić. A szkoda, że jest co naprawiać. Po takiej grupie spodziewałem się dużo więcej. Praktycznie najsławniejsi polscy muzycy w jednym studiu. Coś takiego mogłoby być po prostu niesamowite. Raz było. A drugi...

Black River - "Black'n'roll"

Zespół złożony z takich osobistości jak Taff, Orion czy Kay z definicji powinien powalić na kolana pierwszymi dźwiękami. W przypadku ich debiutu tak faktycznie było. Energiczny hard rock miażdżył w każdym aspekcie płyty. Tutaj natomiast mamy album raczej przeciętny, co jest z mojej strony sporym zawodem.
Ich muzyka jest niesamowicie energiczna, wręcz skoczna. Człowiek po prostu musi machać głową i skakać jak głupi do tych kawałków. Na koncercie ta potęga była zwiększona jeszcze bardziej. A tutaj mamy coś, co bardziej przypomina porcję odrzutów z sesji Neolithic niż świeże nagrania. Po pierwszym odsłuchaniu byłem straszliwie zawiedziony. Za którymś razem stałem się bardziej obiektywny i nie mogę powiedzieć, że płyta jest zła. Kilka utworów jest wręcz dobrych. Co więc mnie odpycha w tym wydawnictwie? Prawdę powiedziawszy, sam nie potrafię do końca tego zdefiniować. Mamy tu sporo ostrego grania, a jednak energii brakuje. Muszę trochę ponarzekać na pracę muzyków. Nie wiem co się stało z Taffem, ale momentami śpiewa zupełnie inaczej. Na początku płyty zastanawiałem się nawet, czy to na pewno on. Ale ostatecznie pokazał, że nadal ma głos i potrafi się porządnie wydrzeć. Co to gitar to na większości utworów jakby straciły rock'n'rollowe brzmienie. Mniej melodyjne, nastawione raczej na ciężkie granie. Da się jednak do tego przyzwyczaić, a w pewnych momentach brzmi to nawet dobrze. Dziwi mnie też gra basu. Wszystko pod gitarę, praktycznie żadnych własnych wyskoków, których było pełno na debiucie. Daray na perkusji radzi sobie bardzo dobrze, gra szybko i mocno. Mam spore wątpliwości co do jakości albumu. Zmiksowanie chyba nie poszło najlepiej, niektóre utwory trzeszczą, a instrumenty się zlewają.
Jaki z tego wniosek? Nie nagrywaj świetnego debiutu, bo jak kontynuacja nie wyjdzie tak samo dobrze, to zaniży ocenę. Więc obiektywnie powiem, że to dobry album. Nawet ma odchyły w kierunku bardzo dobrego. Ale jednak wiem, że nie będzie tak miło odsłuchiwany w kółko jak poprzedni. Wierzę jednak, że na najbliższym koncercie chłopaki nadrobią straty energii na albumie.