Katatonia - "Night Is The New Day"


Okładka wygląda zaprawdę mrocznie, ale wbrew pozorom wcale nie oddaje tego, co mamy na płycie. Przyznaję, że o ile wcześniej zespoły tego typu raczej obchodziłem szerokim łukiem, opinie o singlach jakoś mnie przyciągnęły. Dostałem, posłuchałem, potwierdziłem: Katatonia skrajnie zmieniła styl gry. Growl? Sory, nie ta droga. Ciężkie, powolne balladki? Ups, to też nie tu. Zmiana jest widoczna na absolutnie każdym kroku.
Jedyne co pozostało ze starego zespołu to skład. Pod względem muzycznym wszystko zostało wywrócone do góry nogami. Zacznijmy od wokalu. Nie ma tutaj ani krztyny growlu. Jestem naprawdę zaskoczony, bo pan Jonas Renkse ma świetny głos. Podczas wcześniejszych, growlowanych partii siłą rzeczy nie mogliśmy tego usłyszeć, a tutaj wreszcie możemy podziwiać czysty śpiew "Lorda Setha" (Tak, mnie też ta ksywa powala nokautem rotflowym w pierwszej rundzie). Taki wokal natomiast świetnie komponuje się z gitarami. Te są już nieco bardziej zróżnicowane. Czasem słyszymy cichutkie brzdąkania, ale znajdą się też mocne walnięcia. Połączenie tych dwóch stylów brzmi naprawdę dobrze, świetnie się słucha, no i nie nudzi mnie po dwóch odsłuchaniach płyty. Jeśli zaś chodzi o resztę sekcji muzycznej, dużo niestety do powiedzenia nie ma. Basu nie słychać absolutnie nigdzie. Perkusja bardzo cicha i generalnie nie popisuje się. Troszkę dalej możemy znaleźć też nieliczne fragmenty klawiszowe, smyczkowe czy nawet syntezatory. Bardzo fajny pomysł, ale straszliwie nierozwinięty. Można by tu zrobić znacznie więcej. Jeśli chodzi o całość, czuć, że to płyta postawiona na wokal i linię gitarową. Więcej raczej się nie liczy. Efekt wyszedł dobry, ale na pewno nie bardzo dobry.
Płytę polecam przesłuchać. Starsi Tró fani pewnie dostaną padaczki, ale dla mnie, można tego miło posłuchać. Nie nudzi się, generalnie dobre i narzekać w sumie nie ma na co.
Jedyne co pozostało ze starego zespołu to skład. Pod względem muzycznym wszystko zostało wywrócone do góry nogami. Zacznijmy od wokalu. Nie ma tutaj ani krztyny growlu. Jestem naprawdę zaskoczony, bo pan Jonas Renkse ma świetny głos. Podczas wcześniejszych, growlowanych partii siłą rzeczy nie mogliśmy tego usłyszeć, a tutaj wreszcie możemy podziwiać czysty śpiew "Lorda Setha" (Tak, mnie też ta ksywa powala nokautem rotflowym w pierwszej rundzie). Taki wokal natomiast świetnie komponuje się z gitarami. Te są już nieco bardziej zróżnicowane. Czasem słyszymy cichutkie brzdąkania, ale znajdą się też mocne walnięcia. Połączenie tych dwóch stylów brzmi naprawdę dobrze, świetnie się słucha, no i nie nudzi mnie po dwóch odsłuchaniach płyty. Jeśli zaś chodzi o resztę sekcji muzycznej, dużo niestety do powiedzenia nie ma. Basu nie słychać absolutnie nigdzie. Perkusja bardzo cicha i generalnie nie popisuje się. Troszkę dalej możemy znaleźć też nieliczne fragmenty klawiszowe, smyczkowe czy nawet syntezatory. Bardzo fajny pomysł, ale straszliwie nierozwinięty. Można by tu zrobić znacznie więcej. Jeśli chodzi o całość, czuć, że to płyta postawiona na wokal i linię gitarową. Więcej raczej się nie liczy. Efekt wyszedł dobry, ale na pewno nie bardzo dobry.
Płytę polecam przesłuchać. Starsi Tró fani pewnie dostaną padaczki, ale dla mnie, można tego miło posłuchać. Nie nudzi się, generalnie dobre i narzekać w sumie nie ma na co.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz