Europe - "Last Look At Eden"


Przyznajcie szczerze, kto nigdy nie słyszał "The Final Countdown"? Nie widzę rąk w górze, możemy kontynuować. Po takim hicie zespół zapisuje się w historii muzyki na stałe. Kiepskim tego aspektem jest to, że przebić coś takiego w przyszłości okazuje się prawie niemożliwe. Nawet jak nagrasz lepszy kawałek, i tak wypromowany już kawałek zostanie Twoją flagą do końca świata. Natomiast nie wolno nam o takim zespole zapomnieć, zwłaszcza, jeśli nie spoczął na laurach.
Początek powiem szczerze zniechęcający. Minutowe intro przy pomocy orkiestry symfonicznej? Sami to sobie skomentujcie, mnie sił szkoda. Natomiast w ciągu kolejnych dziesięciu sekund wiedziałem, oj wiedziałem, że ten album na długo wryje mi się w pamięć. Tym razem przeczucie trafne w sam środeczek dziesiątki. Tytułowy kawałek chodzi mi po głowie praktycznie wszędzie, nieświadomie go nucę, za każdym razem gdy go słucham po prostu umieram. Jest cudowny, boski i w ogóle zachwycam się nim absolutnie. Co do reszty płyty, jest prawie równie świetna. Są oczywiście zapychacze, ale problem jest taki, że te zapychacze też są boskie. Rozwodzić się mogę na prawie każdy aspekt nowej płyty. Jestem absolutnie zaskoczony i to pozytywnie w znacznie więcej niż stu procentach. Zaczynamy oczywiście od słynnego Joeya Tempesta, Kanadyjczyka, któremu w późnych latach siedemdziesiątych przyśniło się grać hard rocka. Od roku 1979, pomimo tysięcy zagranych koncertów, milionów prób i godzin spędzonych w studiu, ten człowiek nie potrafi sobie zedrzeć głosu. Przez te trzydzieści lat zmienił się naprawdę nieznacznie, praktycznie nie słychać śladów starcia gardła, a wokal zachwyca pod każdym względem. Raz śpiewa wyżej, raz niżej, zmienia tonację, prędkość, no po prostu geniusz i koniec. Gitara, perkusja, bas, to wszystko stanowi tło idealne. Panowie z sekcji muzycznej starają się jak mogą i wychodzi im niesamowicie. W prawie każdym momencie płyty są idealnie zgrani, a pomimo tego każdy potrafi się świetnie wyróżnić. Norum na gitarze gra rytmicznie, ale jak przyjdzie do solówki to zapyla palcami po całym gryfie jak jakiś stary wirtuoz. Bas i perkusja tworzą doskonałe tło rytmiczne, nie wybijając się niepotrzebnie. Zdziwiło mnie znacznie obniżenie roli klawiszy w ich muzyce. Zawsze tworzyło to część ich klimatu, ale jak się człowiek nie czepia jak ja to wcale tak tego nie słychać. Podczas ostrych kawałków natomiast można usłyszeć świetną prace skrzypków z Czeskiej Orkiestry Narodowej. Tak, fragmenty symfoniczne nagrali Czesi, to nie jest błąd. Te skrzypce są po prostu idealne dla niektórych utworów, bez nich nie brzmiałyby tak świetnie.
Mógłbym się jeszcze długo nad tym wszystkim zachwycać, ale po co. Mogę Wam tylko polecić tę płytę. Koniecznie przesłuchajcie, bo opowiedzieć się wszystkiego po prostu nie da.
Początek powiem szczerze zniechęcający. Minutowe intro przy pomocy orkiestry symfonicznej? Sami to sobie skomentujcie, mnie sił szkoda. Natomiast w ciągu kolejnych dziesięciu sekund wiedziałem, oj wiedziałem, że ten album na długo wryje mi się w pamięć. Tym razem przeczucie trafne w sam środeczek dziesiątki. Tytułowy kawałek chodzi mi po głowie praktycznie wszędzie, nieświadomie go nucę, za każdym razem gdy go słucham po prostu umieram. Jest cudowny, boski i w ogóle zachwycam się nim absolutnie. Co do reszty płyty, jest prawie równie świetna. Są oczywiście zapychacze, ale problem jest taki, że te zapychacze też są boskie. Rozwodzić się mogę na prawie każdy aspekt nowej płyty. Jestem absolutnie zaskoczony i to pozytywnie w znacznie więcej niż stu procentach. Zaczynamy oczywiście od słynnego Joeya Tempesta, Kanadyjczyka, któremu w późnych latach siedemdziesiątych przyśniło się grać hard rocka. Od roku 1979, pomimo tysięcy zagranych koncertów, milionów prób i godzin spędzonych w studiu, ten człowiek nie potrafi sobie zedrzeć głosu. Przez te trzydzieści lat zmienił się naprawdę nieznacznie, praktycznie nie słychać śladów starcia gardła, a wokal zachwyca pod każdym względem. Raz śpiewa wyżej, raz niżej, zmienia tonację, prędkość, no po prostu geniusz i koniec. Gitara, perkusja, bas, to wszystko stanowi tło idealne. Panowie z sekcji muzycznej starają się jak mogą i wychodzi im niesamowicie. W prawie każdym momencie płyty są idealnie zgrani, a pomimo tego każdy potrafi się świetnie wyróżnić. Norum na gitarze gra rytmicznie, ale jak przyjdzie do solówki to zapyla palcami po całym gryfie jak jakiś stary wirtuoz. Bas i perkusja tworzą doskonałe tło rytmiczne, nie wybijając się niepotrzebnie. Zdziwiło mnie znacznie obniżenie roli klawiszy w ich muzyce. Zawsze tworzyło to część ich klimatu, ale jak się człowiek nie czepia jak ja to wcale tak tego nie słychać. Podczas ostrych kawałków natomiast można usłyszeć świetną prace skrzypków z Czeskiej Orkiestry Narodowej. Tak, fragmenty symfoniczne nagrali Czesi, to nie jest błąd. Te skrzypce są po prostu idealne dla niektórych utworów, bez nich nie brzmiałyby tak świetnie.
Mógłbym się jeszcze długo nad tym wszystkim zachwycać, ale po co. Mogę Wam tylko polecić tę płytę. Koniecznie przesłuchajcie, bo opowiedzieć się wszystkiego po prostu nie da.







