piątek, 30 października 2009

Ostatnie spojrzenie? Ale ja chcę więcej!

Ile to już razy wypowiadałem się na temat nowych płyt starych zespołów? Nie liczyłem, ale sądzę, że można by to przyrównać do liczby atomów w łyżeczce, którą właśnie mieszam herbatkę. A ile razy się myliłem? Tego też nie wiem, ale na szczęście mogę powiedzieć: sporo. No i oto kolejny przypadek, gdzie z nostalgią wspominamy stare przeboje z niechęcią odpalając nowy album, a trzy dni później nie możemy przestać podśpiewywać tego cholerstwa. Z wielką radością i skruchą wręcz przedstawiam...
Europe - "Last Look At Eden"

Przyznajcie szczerze, kto nigdy nie słyszał "The Final Countdown"? Nie widzę rąk w górze, możemy kontynuować. Po takim hicie zespół zapisuje się w historii muzyki na stałe. Kiepskim tego aspektem jest to, że przebić coś takiego w przyszłości okazuje się prawie niemożliwe. Nawet jak nagrasz lepszy kawałek, i tak wypromowany już kawałek zostanie Twoją flagą do końca świata. Natomiast nie wolno nam o takim zespole zapomnieć, zwłaszcza, jeśli nie spoczął na laurach.
Początek powiem szczerze zniechęcający. Minutowe intro przy pomocy orkiestry symfonicznej? Sami to sobie skomentujcie, mnie sił szkoda. Natomiast w ciągu kolejnych dziesięciu sekund wiedziałem, oj wiedziałem, że ten album na długo wryje mi się w pamięć. Tym razem przeczucie trafne w sam środeczek dziesiątki. Tytułowy kawałek chodzi mi po głowie praktycznie wszędzie, nieświadomie go nucę, za każdym razem gdy go słucham po prostu umieram. Jest cudowny, boski i w ogóle zachwycam się nim absolutnie. Co do reszty płyty, jest prawie równie świetna. Są oczywiście zapychacze, ale problem jest taki, że te zapychacze też są boskie. Rozwodzić się mogę na prawie każdy aspekt nowej płyty. Jestem absolutnie zaskoczony i to pozytywnie w znacznie więcej niż stu procentach. Zaczynamy oczywiście od słynnego Joeya Tempesta, Kanadyjczyka, któremu w późnych latach siedemdziesiątych przyśniło się grać hard rocka. Od roku 1979, pomimo tysięcy zagranych koncertów, milionów prób i godzin spędzonych w studiu, ten człowiek nie potrafi sobie zedrzeć głosu. Przez te trzydzieści lat zmienił się naprawdę nieznacznie, praktycznie nie słychać śladów starcia gardła, a wokal zachwyca pod każdym względem. Raz śpiewa wyżej, raz niżej, zmienia tonację, prędkość, no po prostu geniusz i koniec. Gitara, perkusja, bas, to wszystko stanowi tło idealne. Panowie z sekcji muzycznej starają się jak mogą i wychodzi im niesamowicie. W prawie każdym momencie płyty są idealnie zgrani, a pomimo tego każdy potrafi się świetnie wyróżnić. Norum na gitarze gra rytmicznie, ale jak przyjdzie do solówki to zapyla palcami po całym gryfie jak jakiś stary wirtuoz. Bas i perkusja tworzą doskonałe tło rytmiczne, nie wybijając się niepotrzebnie. Zdziwiło mnie znacznie obniżenie roli klawiszy w ich muzyce. Zawsze tworzyło to część ich klimatu, ale jak się człowiek nie czepia jak ja to wcale tak tego nie słychać. Podczas ostrych kawałków natomiast można usłyszeć świetną prace skrzypków z Czeskiej Orkiestry Narodowej. Tak, fragmenty symfoniczne nagrali Czesi, to nie jest błąd. Te skrzypce są po prostu idealne dla niektórych utworów, bez nich nie brzmiałyby tak świetnie.
Mógłbym się jeszcze długo nad tym wszystkim zachwycać, ale po co. Mogę Wam tylko polecić tę płytę. Koniecznie przesłuchajcie, bo opowiedzieć się wszystkiego po prostu nie da.

Rock'n'roll i darcie ryja dla Szatana.

Po raz kolejny Vrael dzielnie stoi dwa metry od wejścia. Po raz kolejny trzyma w drżącej dłoni kolorowy świstek papieru warty kilkadziesiąt złotych. Po raz kolejny jego bębenki zostaną zdezintegrowane skoncentrowanym napływem decybeli...
Wszystko wygląda pięknie. Cztery zespoły, paczka znajomych i zdzieranie gardła i mniej pancernych części ciała. Ostatni koncert na trasie, więc wszyscy mają nadzieję, że panowie zawstydzą TurboDymoMena i dadzą z siebie 200% czadu. A jak było, posłuchajcie...

Już od paru lat biegam po koncertach, ale takiego widowiska jak koncert Black River na niewielkiej salce nie widziałem. Oczywiście, gigantyczne wydarzenia na kilkadziesiąt tysięcy ludzi to inna sprawa, ale ja mówię o tych paru metrach kwadratowych. Już drugi raz obserwowałem tę kapelę na żywo i skomentuję to jednoznacznie: Więcej! Choć ostatnio płyta była lekkim zawodem(wciąż uważam że debiut był lepszy), to koncert był po prostu boski. Muszę też przyznać, że na żywo utwory z "Black'n'rolla" brzmią znacznie lepiej. Od samego początku ich występu skakałem, machałem łapami i darłem się na całe gardło. Ponownie wyrażam zachwyt na samym składem grupy. Taff na wokalu to istne tornado sceniczne. Dłużej niż dziesięć sekund w miejscu nie ustał, co chwilę podstawiał mikrofon publiczności(Ha! Znowu dorwałem się na kilka sekund do mikrofonu, tym razem na "Jumping Queeny Flash"), przybijał piątki(Złapałem dwie, lans, lans), podrywał publiczność do klaskania, śpiewania, pokrzykiwania i robił wszystko, żeby żaden człowiek na sali nie stał bezczynnie w miejscu. Bardzo podobnie można powiedzieć o reszcie zespołu. Kay, Art i Orion skakali nie mało, nieraz podbiegali do mikrofonu i widać było, że świetnie się bawili. O to przecież chodzi w koncertach, nie? Publiczność ma się bawić z zespołem. Black River wyszło to niesamowicie. Z niecierpliwością wypatruję kolejnego koncertu. Jedno co mnie wręcz wkurzyło to czas. Panowie jako pierwszy support dostali niecałą godzinę, co zdecydowanie nie zadowoliło ludzi na sali. Skandowaliśmy o bis aż do momentu, gdy techniczni kolejnego zespołu zaczęli rozstawiać sprzęt...


Nie oszukujmy się: Drzeć ryja dla Szatana tez trzeba umieć. Hermh nie umie. Z sali wyszliśmy sporą grupką już po dwóch minutach, a nie było to łatwe, gdyż ludzie opuszczali miejsca pod sceną niczym szczury tonący statek. Już na wstępie wyśmiałem zespół bezlitośnie. Dlaczego? A co Wy byście zrobili, gdybyście usłyszeli przed koncertem sączący się z głośników Mhroczny szept "Aveee... Satanassss..." I tego typu. Ja się szczerze uśmiałem. Na szczęście w klubie znaleźliśmy takie fajne miękkie foteliki i na nich przesiedzieliśmy występ. Serio, po Black River byłem po prostu zdegustowany. TO dostało więcej czasu od tak świetnej kapeli? Coś mi tu nie grało. Kiczowate ociekanie mrokiem i taka ilość mroku wyciekająca ze sceny, że nie człowiek nosa nie widzi. Może i niektórym się to podoba, ale dla mnie to po prostu absolutna porażka, żadnej wartości artystycznej i zero przyjemności. Dziękuję.


Dłuższa przerwa, po której następuje muzyka mniej bogata w Szatana za to nieco bardziej zróżnicowana i trochę lepsza. Oto znak, ze na scenę wchodzi Azarath. Nie pchaliśmy się nawet pod scenę, chwilę pokręciliśmy się na balkonach i z powrotem na foteliki. Nieco lepiej niż w przypadku Hermha, znacznie mniej kiczu, ale nadal nie mogłem się przy tym bawić. Wybaczcie sformułowanie, ale za dużo napierdalania jak dla mnie. Nie mogę powiedzieć że muzyka zła, ale po prostu do mnie nie przemawia. To się da łatwo obejść po prostu ignorując dochodzące z sali dźwięki i dalej siedzieć na mięciutkich siedzonkach i miło spędzać czas z przyjaciółmi. Ale uwaga, uwaga... po dłuższym czasie zapada cisza, a ludzie zaczynają z powrotem napływać pod scenę... Czas w końcu iść na nimi...


Prawda jest taka, że im dłużej człowiek czeka, tym bardziej jest wkurzony. a Behemoth kazał nam czekać baaardzo długo. Sala pełna, z balkonów ludzie prawie wypadają, a zespołu nie ma, i nie ma, i nie ma... Po dłuższym czasie w końcu ilość dymu się wzmaga, z głośników coraz głośniej leci psychodeliczna muzyka. I nagle na scenę wychodzą cztery postacie. Chwila mroku po czym... paniczna śmiechawka. To było po prostu zbyt Tró. Gdyby chociaż zaczęli grać, wyszłoby to fajnie. Ale kiedy stali tak pięć minut, z tymi dumnymi pozami, ociekający czarno-białym makijażem i generalnie Szatan taki, że się w galaktyce nie mieści. Jeszcze Ci ludzie wokół, z minami Marki "Czcij Mrocznego Pana albo giń w mękach piekielnych" nr 5. Ja naprawdę nigdy nie byłem przeciwko tego typu mentalności, ale w pewnych sytuacjach mnie ona po prostu śmieszy. Kiedy w końcu przypomnieli sobie, że mają jeszcze dzisiaj zagrać koncert, nieco się wszystko ruszyło. Oczywiście tłum idiotów zaraz zaczął "pogo", dla nich polegające na napiedzielaniu kogokolwiek czymkolwiek. No ale miało być o muzyce. Jeśli chodzi o Behemotha, zbytnio ich nie słucham, ale twórczość znam i szanuję. Natomiast na koncercie nie brzmiało to najlepiej. Pierwszy kawałek stałem dość obojętnie, drugi natomiast nieco mnie już porwał(choć nie znałem tytułu, a to dość dobrze świadczy o zespole). Potem kilka zróżnicowanych utworów, jedne lepsze, drugie gorsze, i znowu zdecydowaliśmy się opuścić salę. Przy "Conquer All" kusi mnie żeby wrócić i poskakać, ale się powstrzymałem. Ich występ raczej mnie zawiódł, po tylu opowieściach spodziewałem się nieco więcej.
Generalnie rzecz biorąc całość dzielę na trzy działy: Black River(esencja zajebistości), Spotkanie z przyjaciółmi(esencja zajebistości Mk II) i reszta koncertu(...). Czy jestem bardziej niż zadowolony że poszedłem, średnia wypada całkiem nieźle. Na samego Behemotha już się raczej nie wybiorę, ale Black River muszę zobaczyć koniecznie.

sobota, 17 października 2009

Nie znasz tego kawałka? I tak śpiewaj.

Pośród nawału cięższych płyt człowiek czasem ma ochotę na coś lżejszego. I nie mówię tutaj o lekkim rocku w stosunku do metalu, ale o czymś zupełnie innym. Czymś spokojnym, przyjemnym. Bardzo mnie cieszy, że akurat taki album zapisany został w moim notatniku. Miłą muzyczkę rodem z Islandii serwuje nam dzisiaj...

Mum "Sing Along To Songs You Don't Know"

Będąc zupełnie szczerym, o tej płycie dużo się powiedzieć nie da. Już sam zespół budzi dość mieszane uczucia. Niby cały czas grają to samo, niby nic się nie zmienia. Ale w tym konkretnym przypadku można sobie zadać pytanie: A musi się zmieniać? Dla mnie nie.
Zachwytu nie ma. Szczególnego entuzjazmu też mi gdzieś zabrakło. Co najciekawsze, ten album chyba został tak sprytnie skonstruowany, żeby nie budził wielkich emocji. Po prostu ot, spokojna i miła muzyka. Wiadomo, gdzie Islandia, tam eksperymenty muzyczne. Tutaj również sporo kombinowania się znalazło. To dziś nie mogę wyjść z podziwu dla muzyków, którzy biorą się za połączenie syntezatorów, różnych skomplikowanych efektów z wesołą melodyjką instrumentów ludowych. A asortymentem tychże wyspiarze mogą się pochwalić. Od przypominających cytry strunowców po najzwyklejszą deskę z dwoma brzęczącymi kawałkami metalu. To wszystko przykryte tradycyjnym już dla Muma cichym wokalem(w tej roli słyszymy całkiem sporą ilość wykonawców, co ciekawe), mniej popularnymi instrumentami jak trąbka czy kilka rodzajów skrzypiec no i oczywiście masa dźwięków, które tylko komputer i zręczny operator mogą wytworzyć.
Co tu dużo mówić? Płyta warta posłuchania. Wątpię, abym często do niej wracał, ale na pewno jest w stanie wytworzyć klimat na kilka ładnych wieczorków.

Gramy!

Gdynia. 3 października. Godzina 9:50. Trzy osoby stoją pod wejściem głównym Parku Naukowo-Technologicznego.
Godzina 10:00. Chłopak w glanach, spodniach moro, pomarańczowej koszulce i czarnej chuście na włosach pojawia się w drzwiach wejściowych do olbrzymiej sali zastawionej stołami. Zostaje przywitany okrzykiem "Witamy naszego pierwszego uczestnika!" i serdecznymi brawami.
Godzina 10:40. Zabrakło stołów. Przyślijcie wsparcie...


Na dwa dni, 3 i 4 października, olbrzymia sala w środku Gdyni zmieniła się w gigantyczną gralnię gier planszowych. Była to pierwsza edycja festiwalu "Gramy!", która ma się odbywać cyklicznie dwa razy w roku. Sukces przedsięwzięcia przekroczył najśmielsze oczekiwania organizatorów. Podobno przyszło trzy razy więcej osób niż było to zakładane. Było to widać już o godzinie 11, kiedy przyniesiono dodatkowe stoły, a pół godziny później pozwolono rozkładać gry na podłodze.
Ten widok był po prostu piękny. Setki fanów gier planszowych, od najmłodszych graczy prostych gier, poprzez wyjadaczy strategicznych po starszych ludzi mających przyjemność z poznania czegoś poza Monopoly i Chińczykiem. Nie było mowy o nudzie. Na uczestników czekało ponad 200 gier w całkowicie darmowej wypożyczalni. Jeśli ktoś nie znał zasad, wystarczyło poprosić kogoś z obsługi. Nie masz partnerów do grania? Wystarczyło przejść się po sali i zaczepiać losowych ludzi z pytaniem "Grasz w Jungle Speeda?" i po 10 minutach siedziałeś obok sześciu osób grając w najlepsze. Tam nie było mowy o krępacji czy czymś takim. Zauważyłem stolik, przy którym siedzą trzy osoby i grają w Carcassonne. Spytałem czy mogę się dosiąść. "Jasne, siadaj! Znasz zasady? Nie? No to słuchaj. Na początek..." I tak dalej.
Poznałem wielu świetnych ludzi, grałem w wiele niesamowitych gier, brałem udział w turniejach. Po prostu wymarzony dzień. Wszedłem o 10, wyszedłem o 22. Nie mogłem się stamtąd wyrwać. Calutki dzień podczas którego myślisz jedynie, czy opłaca Ci się już teraz wystawić Strzelca, czy poczekać na rozwój wydarzeń. Oczywiście organizatorzy zadbali o to, bym nie miał za dużo czasu na swobodne przemierzanie terenu imprezy. Strefę turniejową odwiedzałem co chwilę. Już o dwunastej odbył się turniej gier live-action, w których liczy się szybkie myślenie i zręczne dłonie. Jungle Speed, Palce w Pralce, Hands Up! i kilka innych, 15 uczestników i zabawa gwarantowana. Oczywiście dla najlepszych były nagrody, ale jakoś nie zauważyłem, żeby komuś specjalnie na nich zależało, chodziło o ten świetnie spędzony czas. Musze pochwalić organizatorów za inicjatywę stworzenia kącika gier dla dzieci, a nawet turniej dla nich. Dzięki temu ktoś, kto przyszedł z małym dzieckiem mógł spokojnie grać na głównej sali i wiedzieć, że jego dziecko też świetnie się bawi. Spotkałem kilka osób, które specjalnie przyjechały tu na turniej Ticket To Ride (które był też eliminacjami do mistrzostw Europy na poziomie wojewódzkim), a swoje dziecko zostawiły właśnie w tym kąciku. Około godziny piętnastej nawet na podłodze zabrakło miejsca do gry. Po prostu nie mogłem uwierzyć oczom. W końcu w Trójmieście coś się ruszyło w tym klimacie, i jak widać sporo osób podchwyciło. To było widać na pierwszy rzut oka, choćby w zachowaniu uczestników. Każdy mógł grac z każdym, nie było żadnego podziału. Osobiście z wielką chęcią wytłumaczyłem pewnej grupce zasady Neuroshimy Hex i pokierowałem ich pierwszą bitwą. To był0 świetne uczucie. Podczas imprezy odbywały sił również pokazy najnowszych gier dopiero wchodzących na nasz rynek, niestety nie miałem okazji zobaczyć żadnego z nich. Za to o godzinie siedemnastej, dnia pierwszego, zaczęło się coś, na co czekałem najbardziej. Turniej Neuroshimy Hex! Dwudziestu czterech graczy(z czego niektórzy byli naprawdę niezłymi wyjadaczami) stanęło(usiadło?) na przeciwko sobie kierując czterema armiami post-apokaliptycznego świata. Uwaga! W tym momencie muszę zrelacjonować dokładniej ten turniej, gdyż brałem w nim udział i jestem strasznym Neuroshimowym nerdem. Osoby o mniejszej cierpliwości prosimy pominąć ten akapit.
Pierwsza runda została przeprowadzona w systemie czwórkowym. cztery osoby na planszę, dwie rozgrywki po 20 minut, losowanie sztabów. Do następnej rundy przechodzi ten, kto po dwóch rundach będzie miał łącznie najwięcej punktów życia sztabu. W pierwszej turze wylosowałem Hegemonię. Kiepski początek, do tego jedynym w miarę dobrym ustawieniem na mapie był sam środek. Przez 20 minut mając niesamowitego pecha w żetonach zbierałem obrażenia od pozostałych graczy. Runda zakończyła się wynikiem 17/15/13/11, przy czym mój wynik plasował się na szarym końcu. Miałem jednak niesamowite szczęście w drugiej turze. Wylosowałem Molocha, a i w żetonach się poszczęściło. W pierwszej bitwie zebrałem tylko jeden punkt obrażeń i tak tez pozostało do końca walki. Zabunkrowałem się i czekałem, aż gracze zapomną o mojej obecności. Przypomnieli sobie za późno. wynik: 19/15/9/8. Tak więc udało mi się zebrać 30 punktów, co stało się niewielką przewagą i przeszedłem do kolejnej rundy. Tym razem 8 osób, cztery plansze i na każdym mecz 2 na 2. Znowu natrafiłem na Hegemonię, mój przeciwnik Borgo. Dalej, umówmy się, miałem niesamowitego farta w żetonach. Po niecałych 10 minutach zakończyłem mecz wynikiem 16:0. Została nas czwórka. Czas na finał. Niestety, po drodze czas imprezy się skończył i musieliśmy się przenieść do restauracji Eureka, gdzie odbył się finał. Finał, do którego udało mi się dostać. Tam odbyły się cztery mecze. W pierwszym walczyłem jako Posterunek przeciw Molochowi. Po zaciętej walce przegrałem 12:13. W drugiem miałem podobnego pecha. Hegemonia kontra Moloch, tym razem 10:11. Tym oto sposobem Turniej Neuroshimy Hex zakończyłem na czwartym miejscu, z czego jestem niesamowicie dumny.
Impreza była po prostu niesamowita. Ciężko to streścić w tych kilku akapitach, to trzeba przeżyc samemu. Jedyne co mogę powiedzieć, to zachęcić każdego do udziału.

niedziela, 11 października 2009

Powrót do przeszłości

To naprawdę miłe, kiedy stary dobry zespół potrafi nagrać nową, dobrą płytę. Zdarzają się takie przypadki, choć niestety mamy ich coraz mniej. Ja jednak jestem szczęśliwy, że dorwałem się do tej płyty. Co tu dużo gadać, przedstawiam Wam...

Pearl Jam "Backspacer"

Od pierwszych uderzeń wiadomo, że zespół wraca w niezłym stylu. To przede wszystkim płyta dla starych fanów, ale myślę, że i niezaznajomionych z tą legendarną już grupą zadowoli. Na tym albumie nie zabrakło mi absolutnie niczego. Odleciałem w stare czasy Pearl Jamu.
Widać, że panowie z kapeli bardzo się postarali, za co należą im się wielkie brawa. Widać, że nieco zmienili styl na przestrzeni lat. Z grunge coraz bardziej przerzucali się na rock, krok po kroku. Nie robili tego gwałtownie, przez co efekt wyszedł świetny. Każda płyta jest inna, a o niewielu można powiedzieć coś złego. Tak też jest w przypadku "Backspacera". Grunge'owe klimaty znacznie ustąpiły napływowi rocka, ale doskonale wyczuwalny jest stary klimat. Vedder postarał się przy produkcji, dzięki czemu mamy świetne brzmienie, brak zgrzytów i czegokolwiek zdolnego zakłócić wrażenia ze słuchania tej nowości. A do pochwalenia została sama muzyka. Wciąż zaskakuje mnie, jak ludzie, którzy biegają po scenie kilkadziesiąt lat, nie mają chwili wytchnienia od grania i co jakiś czas muszą wracać do studia, potrafią zrobić coś tak świeżego. Głos Eddiego co prawda wykazuje niewielkie starcie, ale "niewielkie" to wręcz za dużo powiedziane. Co do sekcji muzycznej to trzeba powiedzieć jedno. Żadne nie wybija się ponad inne. Gitary niby nie są jakieś szczególnie zachwycające, perkusista wcale się nie popisuje i tak każdy kolejny instrument. Ale powstaje pytanie w pewnym sensie retoryczne. Czy to źle? Dla mnie nie. Wszystko trzyma równy poziom, gra zespół, a nie jego członkowie (Aż mi się chce zasunąć stare porównanie z ciastem, ale jestem głodny, więc się powstrzymam). Wrażenie ogóle jest najważniejsze, i to ono pozostaje w mej wewnątrz-głownej pustce wypełnionej starymi płytami hard rockowych zespołów. Naprawdę miło czasem ponerdzić o cudownych riffach, świetnym perkusiście grającym zza głowy czy chrapliwym basie, ale nigdy nie przebije to zespoły, który w całości gra tak niesamowicie, że szkoda dzielić go na części.
Płytę polecam zdecydowanie. Każdemu, kto lubi posłuchać dobrej muzyki na pewno się spodoba. Można słuchac w całości, można kilku kawałków, ale na pewno zostanie w pamięci na dłużej.

sobota, 10 października 2009

Szarość i bezsens

Gatunek znany jako power metal zawsze kojarzył mi się bardzo dobrze. Wiadomo, Blind Guardian, Jag Panzer, Iced Earth, czego chcieć więcej? Otóż powstało całkiem sporo innych zespołów tego nurtu. Część dobra, część kiepska. Czasem upadali w otchłani kiepskich wytwórni i złego wyboru publiczności, czasem wzrastali do rozmiarów legend. Przykład tego drugiego przedstawię Wam za chwilę. Jak już się pewnie zorientowaliście, wcale nie będzie to ocena pozytywna. Oto...

Sonata Arctica "The Days Of Grays"

Tak. Okładka to najlepszy aspekt tej płyty. Sonaty słuchałem bardzo chętnie, podobał mi się ich styl. Ale to, co zaprezentowali nam na najnowszym wydawnictwie jest zdecydowanie poniżej poziomu zera. Jest po prostu zaskoczony i przesłuchałem materiał kilka razy tylko dlatego, że nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. To brzmi jak podrzędne nagrania zespołu nieudolnie imitującego jakieś Mhrocznie-Gothyckie-Trv-Zespoły. Serio, jestem bardzo niemile zaskoczony, bo czekałem na ich nowy numer.
Poważnie się zastanawiam, czy to na pewno Sonata. Dla pewności sprawdzam na oficjalnej stronie. Ale wystarczy włączyć "Silence" i ten album, a każdy fan zespołu będzie miał wątpliwości. Ja po prostu czegoś tu nie rozumiem. Nawet nie wiem do końca, co mam recenzować. To jest po prostu beznadziejna płyta, ale postaram się to nieco rozwinąć. Zacznijmy od wrażenia ogólnego. Problem w tym, że nie doszedłem nigdzie do sedna sprawy, bo bariera kiepskich partii wokalnych i pomrocznych organów jest tak gęsta, że i piłą łańcuchową bym się nie przebił. Całość po prostu brzmi okropnie. Od strasznej jakości nagrań po kiepskie wykorzystanie instrumentów. Jak już mówiłem, partie wokalne zawiodły mnie straszne. Zazwyczaj duet Tony Kakko/Johanna Kurkela stanowił coś, czego chciało się słuchać, czasem nawet pomijając sekcję muzyczną. A tu kaput. Nie ma co prawda fałszu, ale chyba za dużo eksperymentowania. Często nie potrafię znaleźć związku pomiędzy dźwiękiem wydawanym przez gardła wokalistów a instrumentami. Czasem jedno idzie szybciej niż drugie, czasem w ogóle zwalnia, po czym przyśpiesza. Nie wiem, brzmi to okropnie. Mroczne organki już zdecydowanie nie pasują do konceptu zespołu. Nie tędy droga. To pasuje to garażowych "Gotyckich" zespołów, nie do szybkiego, melodyjnego i porywającego power metalu. Ci ludzie chyba dawno nie słuchali swoich własnych albumów sprzed kilku lat. A może po prostu mieli dość i chcieli nagrać coś nowego? Nie wiem, nie obchodzi mnie to. Niech nagrają mi drugie "Silence", a może im wybaczę ten błąd. Nawet nie chce mi się opisywać pozostałych instrumentów. Dlaczego? Bo wszystkie brzmią równie beznadziejnie. Może gdyby grali to na żywo, wyszło by nieco lepiej.
To wydawnictwo mogę polecić jako idealne źródło czarnego i gryzącego dymu i ognisku lub kominku, ale nic więcej. Radzę zapomnieć i nie przesłuchiwać zanim będzie za późno. Darujcie sobie. A jeśli mnie zlekceważycie... To była tylko moja opinia i nie chcę nikomu wpływać na osąd. Tak czy tak, miłego słuchania innej płyty.