wtorek, 7 grudnia 2010

Powrót na Planetę Małp

Jak to jest, kiedy wersja rysunkowa Ciebie jest bardziej znana niż tym sam? O tym mogą opowiedzieć nam muzycy z jednego z najbardziej rozpoznawalnych zespołów na świecie. Czy im to przeszkadza? Jak sami mówią, absolutnie nie. Występowanie jako animowane postacie jest dla nich zabawą, a także zabawa w rysowanie, tworzenie historii, charakteru czy nawet rozwijanie swojej postaci to dla każdego z nich niesamowite przeżycie. Tak więc najpopularniejsza dziś czwórka wirtualnych muzyków, to jest 2D, Murdoc, Noodle i Russel przedstawiają...


Zupełnie nowa płyta, kompletnie inny styl, kolejna niesamowita historia. Do tego kampania reklamowa tak potężna, że aż zadziwia jej ogrom. Kompletna przebudowa strony gorillaz.com, seria krótkich reklamowych filmików, nowe teledyski będące częścią dalszych losów członków Gorillaz, no i najważniejsze, czyli kolejna zwariowana historia.

Od nagrania ostatniej płyty minęło kilka lat. Gitarzystka zespołu najprawdopodobniej zginęła, co widać w teledysku do "El Manana". Grupa się rozwiązała. Murdoc, który nie wywiązał się ze swoich układów z samym diabłem, jest teraz ścigany przez zawodowych zabójców. 2D zniknął, starając się wieść normalne życie ze swoimi fioletowymi włosami i czarnymi gałkami ocznymi, a Russel, przytłoczony duchami przeszłości zaszywa się z swojej piwnicy i zanika z nim kontakt. Murdoc odnajduje przypadkiem miejsce, na którym może zbudować swoją nową siedzibę: Plastikowa Plaża. "Miejsce zbudowane ze śmieci wyrzucanych przez ludzkość do morza na przestrzeni wieków, połączone smarami i olejami z niezliczonych katastrof. To miejsce najbardziejna świecie oddalone od jakiejkolwiek cywilizacji".

Tyle możemy się dowiedzieć z wywiadu z Damonem Albarnem, prawdziwym wokalistą Gorillaz, byłym wokalistą słynnego zespołu Blur. Razem z Jamiem Hewlett'em, basistą i założycielem kapeli zaprosili do nowego projektu 28 osób i dwie orkiestry, więc przedsięwzięcie było naprawdę ogromne. Wśród współpracowników szalonych twórców Gorillaz znaleźli się między innymi takie gwiazdy jak Snoop Dog, Bobby Womack, Mos Def czy Simon Tong. Prace nad albumem trwały półtora roku, i to rzuca się w uszy już po kilku utworach. Całość jest niesamowicie złożoną płytą, nie mamy tu nieskomplikowanych utworów jak "White Light" czy "M1A1" z poprzednich albumów. Zapomnieć możemy też o mocno rytmicznych, niemal rockowych utworach jak "Feel Good Inc.". Widać że takie czasy dla Albarna i spółki są już przeszłością. W tym wydawnictwie postawili na porządny koncept, dużą różnorodność prezentowanych kawałków i tak potężną ilość eksperymentów, że najzagorzalszym fanom muzyki awangardowej i elektronicznej kopara opada do podłogi. Co jak co, ale chowa się nawet Możdżer grający na pianinie przy pomocy mokrych ręczników i kartonie po mleku. To nie jest łatwa muzyka, i to trzeba zaznaczyć na samym początku. Zanim zabrałem się za recenzję, przesłuchałem płytkę 72 razy, a właśnie kończy się 73. Taki wynik przebija nawet "Antyszanty" Spiętego. Wszystko waha się od symfonicznej muzyki filmowej, przez rapowane utwory z potężną ilością syntezatorów aż po rozpierdlającą ściany elektronikę. Zaczynamy lekkim intrem brzmiącym jak z Gladiatora, po czym na Plastikowej Plaży grzecznie wita nas Snoop Dog. Wtedy też szybko przechodzimy do lekkiego rapu w "White Flag". Dopiero w czwartym utworze możemy usłyszeć genialny głos 2D, pełny zmian w tonacji i rytmie. Trzeba mu przyznać że w kombinowaniu ze swoim głosem jest absolutnym geniuszem. Razem z tym, jak płyta leci dalej możemy bez trudu poznać jej koncept. Pełno nawiązań do konsumpcyjnego stylu życia, zaśmiecania naszej planety czy po prostu ogólnej degradacji umysłowej ludzkości tworzy jedną całość razem z muzyką. Po dłuższym przysłuchiwaniu się w kolejne utwory muszę powiedzieć, że ta muzyka idealnie oddaje wszystkie te tematy. Brak czystego dźwięku gitary, automaty perkusyjne, zdecydowanie prowadzący w wielu utworach bas, tony syntezatorów i cała masa efektów tworzy niesamowite wrażenie, że ten album jest wręcz industrialny, urbanistyczny. Sama muzyka, nawet bez słów opowiada o mieście, rozleniwionym stylu życia i głupocie ludzi. Przyznaję, że kompozycje są po prostu dziełem najwyższego geniuszu, bo inaczej nie można określić tego zjawiska. Wszystko wydaje się zgrane w każdym, najmniejszym szczególe. Nie ma ani jednego niepasującego do reszty elementu. Oto naprawdę ambitna płyta. Nie jestem w stanie opisać nawet cząstki jej niesamowitości, do tego po prostu trzeba zdecydowanie i z zaparciem przysiąść, posłuchać i ocenić samemu. Łatwe to definitywnie nie jest, i takie na pewno jest założenie. Ma to być płyta ambitna, złożona, skomplikowana, nie pozostawiająca nic do dopowiedzenie, ale za to zostawiająca wiele tematów do dyskusji. Osobiście, jestem pozytywnie zszokowany, polecam każdemu, kto ma ochotę na dawkę porządnej muzyki w bliżej nieokreślonym stylu.

niedziela, 5 grudnia 2010

Ciężkie opady nieba

Grupka zwariowanych muzyków z Sheffield zdecydowanie nie ma zamiaru dać nam odpocząć. Wciąż jeszcze nie opadł zachwyt po genialnej płycie "We Were Exploding Anyway", dopiero co byliśmy świadkami ich trwającej rok trasy koncertowej, na mp3 wciąż dumnie gra zapis z koncertu "Escape from New York", a tu nagle niespodzianka! O czym mowa? Dla tych co jeszcze nie wiedzą, oto...


Nowe EP wyszło stosunkowo szybko, a zawiera aż siedem utworów i daje nam ponad pół godziny hipnotyzującej psychodeli. Koncept jest niesamowicie podobny do poprzedniego albumu, czyli dużo syntezatorów, automatów i lecimy do przodu! Na każdym kroku da się jednak wyczuć ukłon w stronę pierwszych longplay'ów grupy. Znacznie zwiększono rolę gitary i dodano jeszcze więcej szalonego boga-perkusisty.
Mini-album zaczyna się krótkim remixem "Tiger Girl" w wykonaniu Wishful Thinking. To w sumie jedyny element który wydał mi się średnio ciekawy, bo niewiele zostało w tym utworze zmienione. Wycięto nieco ponad trzy minuty oryginalnego kawałka(Trwającego 10 minut), nieco to przyspieszono, dodano kilka beatów, tu i ówdzie sklejono ze sobą inne fragmenty. Efekt niby ciekawy, ale jednak nic szczególnego, więc moim zdaniem Wishful Thinking zmarnował swój gościnny występ na płycie. Ale im dalej w las, tym więcej zajebistości. Już na początku "Sawtooth Rising" zespół pokazuje, że wcale nie wypadli z formy i mamy się spodziewać kolejnej porcji słynnej już na całym świecie psychodeli ze szkoły 65daysofstatic. Od razu rzuca się niesamowite podobieństwo do "We Were Exploding Anyway", ale jednak czuć nowe akcenty. Już w tym momencie mógłbym powiedzieć, że "Heavy Sky" to po prostu suplement do poprzedniego albumu, uzupełnienie go o to, czym mógł się stać. Dodanie nowych form do starego konceptu okazało się świetnym krokiem. Wszystkie utwory skomponowane przez Wolinskiego i spółkę tworzą naprawdę mocną, najczęściej szybką muzykę pełną coraz to nowych dźwięków, jak zwykle mamy do czynienia z masą eksperymentów, zupełnie jakby każdy utwór miał stanowić odrębną historię. Przez płytę przechodzimy coraz szybciej i mocniej, aż w kulminacyjnym momencie rozpoczyna się ostatni już, dziesięciominutowy utwór "Guitar Cascades". Oto najprawdziwszy powrót do czasów pierwszych dzieł stukniętych anglików. Przez te jakże krótkie dziesięć minut została używa większa liczba syntezatorów, instrumentów, klawiszy i automatów niż jest odcinków Mody na Sukces. Innymi słowy, żeby dobrze odebrać ten właśnie utwór należy założyć słuchawki i odciąć się od świata, pozwolić by ta muzyka przejęła władzę w naszej papce mózgowej za pomocą niesamowitych rytmów i dźwięków, a potem już zostaje nam tylko egzystować niczym śliniące się zombie chcące tylko i wyłącznie więcej psychozy.
Uważam, że to EP była kolejnym strzałem w dziesiątkę. To coś w rodzaju krótkiego podsumowania, ile 65daysofstatic nauczyło się przez te lata, przez te wszystkie wydane płyty. Przyznaję jednak, że troszkę tęsknię za czasami, gdzie klawisze odgrywały najważniejszą rolę w muzyce Dosów, ale to były czasy takich utworów jak "Radio Protector" czy "Don't Go Down to Sorrow". Teraz mamy inne, nowe i odmienne czasy. Ja? Absolutnie nie narzekam.

wtorek, 21 września 2010

Powiew świeżości?

Co jak co, ale nowości uwielbiałem zawsze. Raz się przejadę, raz trafi się coś fajnego a czasem odkrywam coś, czego będę słuchać jeszcze przez długie lata i śledzić każde newsy i z niecierpliwością czekać na koncert. Tym razem, coś z wyższej, wcale nieźle zamontowanej półki zaserwował mi...

Razgar - "Demo"

Razgar to nowość absolutna, bowiem ta płytka to dopiero demo radomskiego zespołu. Co więcej, zespołu który istnieje raczej niedługo, a mimo to gra już koncerty w kilku miastach i wygrał parę przeglądów muzycznych. To zdecydowanie mówi samo za siebie, ale mimo wszystko postaram się powiedzieć o tym coś więcej.
Demko składa się z czterech utworów i trwa blisko dwadzieścia minut. Coś, co od razu rzuca się na myśl, to bardzo dobra jakość nagrań i brak licznych zgrzytów, obecnych na wielu demach innych kapel. Za pracę nad dźwiękiem i złożeniem wszystkiego wielki plus. A sama muzyka? Cóż, już sama nazwa jest okładką, która wyjątkowo dobrze oddaje zawartość książki: "Rasgar" po portugalsku oznacza "rozrywać", i tak tez gra zespół, agresywnie i mocno, ale jednocześnie z jakąś pierwotną gracją. Co więcej, po wcześniej obejrzanych filmach z koncertów Razgara spodziewałem się miłego dla headbangingu pogodzenia Sepultury i starszego Soulfly'a. A tu niespodzianka! W teorii jest to szeroko pojęty z dużą dawką tribalu, więc na dobrą sprawę nic nowego. Mimo to, nie czuć za bardzo naleciałości z tych zespołów, a wręcz powiewa świeżą, młoda energią i dużym potencjałem. Już od samego początku doskonale słychać, że każdy członek zespołu świetnie rozumie się z innymi. Szczególnie zachwycają gitary. Dwóch muzyków dobrało się idealnie, ich gra niesamowicie do siebie pasuje, wzajemnie się uzupełniają i nie byłem w stanie dostrzec żadnych spięć czy rozjazdów(warto wspomnieć, że jednym z gitarzystów jest znany ze swoich poprzednich dokonać Ulfheobar, co doskonale zresztą widać w utworze "Roorback", będącego przeróbka jego kawałka sprzed kilku lat). Wielki plus za świetnego basistę którego bardzo dobrze słychać(z czym niektóre "wielkie"zespoły do dziś maja problemy), a na dodatek kilka razy ładnie się popisał. Gra perkusji również bardzo mi się podoba. Jest energiczna, szybko wpada w ucho i momentami daje naprawdę ładnego kopa. Inne instrumenty, jak różne rodzaje bębnów czy didgeridoo robią niesamowity klimat, raz będąc jedynie świetnie dopasowanym tłem, a raz genialnie wychodzą na pierwszy plan(na przykład w "The Sultan", moim zdaniem najlepszym utworze na płycie). Jeśli chodzi o wokal, mam mieszane uczucia. Wcześniej wspomnianym "Sultanem" jestem po prostu wniebowzięty. Połączenie lekkiego śpiewu z arabskim akcentem z porządnym zdzieraniem gardła okazał się świetnym pomysłem. W "Roorbacku" nie brakowało energii i mocy. Wokal w monotonii uważam za bardzo miłą odmianę i bardzo dobry pomysł. Jedyne, co trochę obniża jego wykonanie, jak dla mnie, bardzo dziwna intonacja z mocnym akcentem na sylaby. Nie wiem czy taki był zamiar, ale jednak trochę gryzie się to z płynnością utworu. Za najsłabszy punkt uważam "Under The Red Sky". W żadnym wypadku nie jest to kawałek zły. Jest co najmniej dobry, jak na debiut nawet bardzo dobry. Ale jednak brakuje mi tu jakiegoś apogeum tej dzikiej, rozrywającej energii, której pełno w reszcie utworów.
To demo oceniam bardzo dobrze, jak na debiut wręcz rewelacyjnie. Mam nadzieję, że Razgar wybije się wysoko, życzę im znalezienia dobrej wytwórni i porządnego producenta, aby w końcu pokazać się reszcie świata. Ten zespół ma przyszłość. Zapamiętajcie te słowa, a pewnego dnia zajmiecie barierki na ich koncercie.

wtorek, 23 lutego 2010

Gra dla zabawy

Jak widać Black River osiągnęło tak znaczący sukces, że zyskali już naśladowców. No bo któż nie chciałby się pokazać z własnym materiałem? Czasem trzeba coś pokazać samemu, niezależnie od grupy. Tym razem mamy nieco mniejszy przeskok niż w wypadku kapeli Taffa, bowiem z thrashu na heavy metal, z niewielką domieszką punkowych pobrzmiewań czy ciekawymi eksperymentami z nietypowymi instrumentami. Oto trójka panów z czołówki polskiego metalu łączy się w pracach przy...

Titus' Tommy Gunn - "La Peneratica Svavolya"

Co można powiedzieć o solowym projekcie basisty i wokalisty Acid Drinkers? Z całą pewnością, że zadebiutowali co najmniej dobrze. Momentami skłonny jestem powiedzieć, że bardzo dobrze. Widać, że Titus ma tu nieco inną wizję niż z Kwasożłopami, i bardzo dobrze, że postanowił wyrwać to na wierzch.
Pukacki dobrał sobie dwóch współpracowników: Tomka Olszewskiego z Turbo oraz Vikinga, perkusistę m. in. Short Fuse. Razem stworzyli coś bardzo prostego, a mianowicie bardzo porządną płytę heavy metalową. To nie jest żaden przełom, nic tu odkrywczego ani nowego. Panowie po prostu zabrali się za stare i sprawdzone granie w stylu Motorhead. Jako całość, płyta nie wgniata mnie w fotel, natomiast wprawia głowę w rytmiczne kiwanie. Ciężko mi to wyrazić, ale jest jakby radosna i wesoła. Na pewno skoczna, zwłaszcza jeśli za skakanie uznamy pogo w niewielkim klubie. O tak, ta muzyka świetnie nadaje się na koncerty, a przynajmniej tak mi się wydaje. Z wielką chęcią bym to sprawdził, tylko że okazji pewno zabraknie. Rozbierając płytkę na czynniki pierwsze, mamy tu sporo fajnych rzeczy. Co prawda za głosem Titusa nie przepadałem nigdy, i ten album tego nie zmienił, ale z całą pewnością jest genialnym basistą. Przede wszystkim go słychać, a to już coś. Natomiast nie zauważyłem, żeby grał tu pod gitarę. Świetnie bawi się instrumentem, i co ważniejsze nie kłoci się z gitarą. Wręcz przeciwnie, jest kilka momentów gdy basik pogrywa, cicha solówka wokalna i brzdąkania wiosła twarzą świetny klimat. Innym razem dwa instrumenty świetnie się zgrywają w ostrych walnięciach, panowie często nie szczędzą przesterów, nawet basowych. Perkusja co prawda nie wyróżnia się zbytnio, ale robi całkiem dobre tło.
No cóż, posłodziłem, trochę, ale jest druga strona. Niby nie ma się do czego uczepić, ale coś mi tu nie gra. Sam nie wiem czemu, jakoś mi nie podpasowało. Dobra płyta, fajne uderzenia, ale jakoś mnie to odpycha. To naprawdę dziwne uczucie, którego nie wytłumaczę, nie przypadła mi do gustu i już. Najpewniej nie będę do niej wracał zbyt często, za to bardzo chciałbym się wybrać na koncert. Następna płytę, o ile wyjdzie, tknę raczej z ciekawości. To polecam raczej dla zatwardziałych fanów gatunku, o ile wam się mocno nudzi i nie ma czego już słuchać w domu.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Psycho-normalni

Wiele, wiele już razy słyszeliśmy solowe projekty muzyków, których kompozycje odrywają się dość mocno od tych, które grają w zespole. Takie odmiany są wielu muzykom po prostu potrzebne, a projekty często wypadają bardzo dobrze. Ostatnio najsłynniejsze takie przypadki to oczywiście Serj Tankian, w Polsce mamy Black River czy Titus' Tommy Gun, ale nie zapominamy też o dokonaniach solowych muzyków Pink Floyd czy U2. A teraz, Polacy mogą się pochwalić kolejnym wykonawcą, który postanowił pokazać własną twórczość, nieskrępowaną przez ramy zespołu. Tym oto projektem jest...

Spięty - "Antyszanty"

Zapewne sporo osób kojarzy bardzo dobry i popularny ostatnio zespół Lao Che. Ich szeroko pojęta muzyka rockowa w połączeniu z nietypowymi tematami, jak Powstanie Warszawskie czy dawna literatura polska podbiły serca fanów w całej Polsce. Oto Hubert Dobaczewski, znany jako Spięty, wokalista, gitarzysta i tekściarz Lao Che opublikował własną twórczość. To, co przedstawił na swoim solowym albumie łamie wszelkie normy i wykracza daleko poza pojęcie "zdrowego" umysłu, idącego po wyznaczonej linii.
Już po pierwszych minutach wiadomo, że jest to płyta postawiona na teksty. Muzyka jest absolutnym tłem. Mało skomplikowane rytmy gitarowe, często akustyczne, bardzo dużo syntezatorów i niewielkie partie innych instrumentów dają jedynie prosty cień tego albumu. Tu nie ma energii, potężnych uderzeń czy skomplikowanych kompozycji. Jeśli takie właśnie było założenie autora, to udało mu się to doskonale. Esencją płyty jest wokal i niesamowita liryka. Symbolika i zawiłość tekstów, czasem pozornie prosta jak drut, ukrywa w sobie drugie, trzecie, czwarte i czterysta osiemdziesiąte szóste dno. Natrafiłem tutaj na coś, czego opisanie jest bardzo dużym wyzwaniem i prawie na pewno nie podołam temu zadaniu. Jak można opisać coś, czego przesłaniem ma być niejednoznaczność? Spięty pozostawia słuchacza sam na sam z gigantyczną możliwością dowolnego interpretowania twórczości. Oczywiście brak sztywnych regułek, nikt nas nie ocenia i módlmy się, by jeden z tekstów Dobaczewskiego nie pojawił się na maturze pod bezlitosnym słowem "zinterpretuj"... Tutaj nie ma klucza. Ile znaczeń i historii może się kryć pod utworem mówiącym pozornie o grze w statki? Co można powiedzieć o satyrycznym wyśmianiu szant o powracających do portu marynarzach? Opisanie takich utworów jak "Morże" czy "Łódź Wariatów" jest po prostu niemożliwe, ze względu na niesamowitą grę słów i zabawę wieloznacznymi zwrotami. Ćwiczenie dla najwytrwalszych humanów? Ok, zinterpretuj zwrot "Może by tak odebrać sobie samobójstwo?". Chcesz więcej? "Może i stuknięty był ale motor igła zdrowy. Może czasem warto mieć ambicję coby być chujowym?". To jest naprawdę maleńka próbka całego albumu.
To jest twórczość, której opisanie jest praktycznie niemożliwe. Zrobię to najlepiej jak potrafię po prostu polecając płytę każdemu, kto tylko się na nią natknie. Słucham jej od ponad dwóch miesięcy i wciąż nie mogę się oderwać, bo z prawie każdym przesłuchaniem dochodzę do nowych wniosków, odkrywam coś innego i potrafię usiąść i przesłuchać ją kilka razy pod rząd. Oto dowód, że Polacy wciąż mają ambicje na tworzenie porządnej, niekomercyjnej muzyki.

"I'm back!" x2

Tak jest. Wiem, że szczególnie wiele osób na to nie czekało, ale oto Hybryda powstaje z popiołów niczym mityczny feniks, albo żul podnoszący się z wygasłego ogniska. Przez dwa miesiące nie działa się tu absolutnie nic. Dużo roboty, koniec semestru, brak czasu, problemy osobiste oraz trywialne "Nie chce mi się" Znacznie utrudniały pracę (tak, zwłaszcza to ostanie...), ale oto czas zacząć wszystko od nowa. Na początek coś krótkiego, jako nadrabianie zaległości. Coś, co powinno się tu pojawić dawno temu, ale z niewiadomych przyczyn zapodziało się niedokończone na dysku.

Bardzo ciężko przekonać mnie do albumów koncertowych. Z natury nie lubię składaków, a wersja live bez wideo to po prostu składanka w kiepskiej jakoś. Większości po prostu brakuje tej energii, jaką niesie ze sobą prawdziwy koncert czy chociażby DVD z materiałem filmowym. Jak to dość często bywa, zostałem po raz kolejny bardzo mile zaskoczony. Zespół, za którego koncert byłbym w stanie dać niemałą górkę kasy dał mi coś, co długo będzie mi siedziało w głowie i na MP3. Jednak słowa powinny być tu ograniczone do absolutnego minimum, gdyż przedmiotem owego zaskoczenia jest...

65daysofstatic - "Escape From New York"

Koncertówka Dosów... To jest coś, obok czego nie można przejść obojętnie. Post-rockowa kapela dała nam znacznie więcej niż tylko zapis z występu. Tu rzadko słyszymy okrzyki rozentuzjazmowanego tłumu, nie ma długich przemów na temat dzieci głodujących w Afryce i dziury ozonowej, możecie zapomnieć o słabych wersjach starych hitów, tak bezczelnie skrzywdzonych przez kiepską jakość nagrania.
65daysofstatic, których oficjalna dyskografia wynosi trzy albumy studyjne, a nieoficjalna dorzuca 11 EP-ek, niestudyjnych nagrań czy płyt remixowych, dodali coś niepowtarzalnego. Na tym albumie dostajemy dziesięć niby starych kompozycji, ale za to zagranych zupełnie na nowo. Płyta brzmi jak ze studia, a nie bezpośrednio ze sceny. Jakość jest po prostu świetna, nie można się przyczepić do zostających w tyle instrumentów czy solówek, których usłyszenie wymaga podkręcania głośności do poziomu "Ściany Ci Pękają". To jest kilka znanych nam dobrze utworów, które dostały całkowicie nowe brzmienie, wydźwięk i przede wszystkim kupę świeżych pomysłów. Widać doskonale, że panowie doskonale bawią się na koncertach, opanowując sztukę muzyki psychodelicznej do perfekcji. "65 Doesn't Understand You", "Prime" czy "A Failsafe" to po prostu zupełnie nowe utwory, jedynie zbudowane na bazie i rytmie nie tak starych hitów grupy. Podobnie sytuacja ma się z resztą kawałków. Jedyne, czego można się lekko uczepić to "Radio Protector". Na całe szczęście można przymknąć na to oko, gdyż nie można przecież udoskonalić ideału. Instrumenty wszelakie oraz wariatów na nich grających można przyrównać do tornada, absolutnie nieprzewidywalnego, szalejącego ile tylko się da i przede wszystkim potężnego.
Płyta zawiera niesamowitą energię, jest bardzo pozytywna i generalnie rzecz biorąc ma gigantycznego plusa. Mam nadzieję, że w końcu uda mi się trafić na ich koncert, bo jeśli jest jeszcze lepiej niż zaprezentowano na albumie (a jest na pewno), to pojawię się pod sceną choćbym miał wydać oszczędności, przebić się przez tłum "alternatywnej" dzieciarni i przepłynąć wpław Śniadrwy (a czemu nie? Jeziora są fajne). Co więcej, kolejnemu albumowi Dosów, o ile będą łaskawi w końcu go zapowiedzieć, mówimy zdecydowane: TAK!