Grupka zwariowanych muzyków z Sheffield zdecydowanie nie ma zamiaru dać nam odpocząć. Wciąż jeszcze nie opadł zachwyt po genialnej płycie "We Were Exploding Anyway", dopiero co byliśmy świadkami ich trwającej rok trasy koncertowej, na mp3 wciąż dumnie gra zapis z koncertu "Escape from New York", a tu nagle niespodzianka! O czym mowa? Dla tych co jeszcze nie wiedzą, oto...

Nowe EP wyszło stosunkowo szybko, a zawiera aż siedem utworów i daje nam ponad pół godziny hipnotyzującej psychodeli. Koncept jest niesamowicie podobny do poprzedniego albumu, czyli dużo syntezatorów, automatów i lecimy do przodu! Na każdym kroku da się jednak wyczuć ukłon w stronę pierwszych longplay'ów grupy. Znacznie zwiększono rolę gitary i dodano jeszcze więcej szalonego boga-perkusisty.
Mini-album zaczyna się krótkim remixem "Tiger Girl" w wykonaniu Wishful Thinking. To w sumie jedyny element który wydał mi się średnio ciekawy, bo niewiele zostało w tym utworze zmienione. Wycięto nieco ponad trzy minuty oryginalnego kawałka(Trwającego 10 minut), nieco to przyspieszono, dodano kilka beatów, tu i ówdzie sklejono ze sobą inne fragmenty. Efekt niby ciekawy, ale jednak nic szczególnego, więc moim zdaniem Wishful Thinking zmarnował swój gościnny występ na płycie. Ale im dalej w las, tym więcej zajebistości. Już na początku "Sawtooth Rising" zespół pokazuje, że wcale nie wypadli z formy i mamy się spodziewać kolejnej porcji słynnej już na całym świecie psychodeli ze szkoły 65daysofstatic. Od razu rzuca się niesamowite podobieństwo do "We Were Exploding Anyway", ale jednak czuć nowe akcenty. Już w tym momencie mógłbym powiedzieć, że "Heavy Sky" to po prostu suplement do poprzedniego albumu, uzupełnienie go o to, czym mógł się stać. Dodanie nowych form do starego konceptu okazało się świetnym krokiem. Wszystkie utwory skomponowane przez Wolinskiego i spółkę tworzą naprawdę mocną, najczęściej szybką muzykę pełną coraz to nowych dźwięków, jak zwykle mamy do czynienia z masą eksperymentów, zupełnie jakby każdy utwór miał stanowić odrębną historię. Przez płytę przechodzimy coraz szybciej i mocniej, aż w kulminacyjnym momencie rozpoczyna się ostatni już, dziesięciominutowy utwór "Guitar Cascades". Oto najprawdziwszy powrót do czasów pierwszych dzieł stukniętych anglików. Przez te jakże krótkie dziesięć minut została używa większa liczba syntezatorów, instrumentów, klawiszy i automatów niż jest odcinków Mody na Sukces. Innymi słowy, żeby dobrze odebrać ten właśnie utwór należy założyć słuchawki i odciąć się od świata, pozwolić by ta muzyka przejęła władzę w naszej papce mózgowej za pomocą niesamowitych rytmów i dźwięków, a potem już zostaje nam tylko egzystować niczym śliniące się zombie chcące tylko i wyłącznie więcej psychozy.
Uważam, że to EP była kolejnym strzałem w dziesiątkę. To coś w rodzaju krótkiego podsumowania, ile 65daysofstatic nauczyło się przez te lata, przez te wszystkie wydane płyty. Przyznaję jednak, że troszkę tęsknię za czasami, gdzie klawisze odgrywały najważniejszą rolę w muzyce Dosów, ale to były czasy takich utworów jak "Radio Protector" czy "Don't Go Down to Sorrow". Teraz mamy inne, nowe i odmienne czasy. Ja? Absolutnie nie narzekam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz