wtorek, 29 września 2009

Po dziewięć razy porażka

Zazwyczaj filmy animowane obchodzę szerokim łukiem, przemykając cichutko w kierunku nieco innych produkcji. Czasem jednak coś mnie podkusi ku mocno już rozwiniętej technice animacji. Zazwyczaj jest to nazwisko producenta, rzadziej trailer. Nieraz bywa, że trafi się naprawdę dobry film. Jednak czasem można się naprawdę nieźle nadziać. Na ten przykład ja, gdyz skierowałem moje kroki ku...

"9" Tima Burtona

Nie wiem, jakim cudem to nazwisko znalazło się na plakacie. Grozili jego rodzinie? Wysadzili mu samochód w powietrze? Porwali kota? Nie wiem, i chyba mnie to nie obchodzi. Ważne jest to, że np. nasz rodak, Tomek Bagiński robi animacje trwające trzy minuty, które "9" Przebijają pod każdym względem. Ten film jest po prostu tragiczny. Zauważyłem dwa, może trzy dobre aspekty tej produkcji. Najpierw jednak o tym, co mnie tak zniechęciło.
Tytułowa Dziewiątka to jedna z kilkunastu szmacianych lalek, w które zaklęte były resztki cywilizacji ludzi. Pomysł bardzo fajny i świeży, ale tylko do tego momentu. Dalej dowiadujemy się, że ludzie zostali wybici do ostatniego przez swój własny twór, Maszynę (Oho, zaczyna się banał...). Dalej, bohater wpada na genialny pomysł, że coś trzeba zrobić z polującą na nich Bestią (Okeeej...). Chwilę potem, Dziewięć nieświadomie budzi Maszynę, a drużynę ratuje tajemniczy bohater, uważany do tej pory za zaginionego (Coraz lepiej...). Następnie, grupa ucieka, lecz kilku z nich ginie. Potem znowu uciekają, a potem kilku z nich znowu ginie. Znowu uciekają i znowu kilku ginie... I tak do końca filmu, gdzie oczywiście nie zabrakło epicko heroicznych momentów.
Ten film był tak tragicznie przewidywalny, że każdy z siedmiu obecnych na sali widzów mógł się poczuć jak jasnowidz. Zawsze doskonale było wiadomo, co stanie się za dwadzieścia sekund. Pierwszy szkielet scenariusza zapewne nosił nazwę "Wzór", zajmował pół kartki A4 i wyglądał mniej więcej tak: "Główny bohater -> epickie wejście -> przedstawienie Wielkiego Zła -> spotkanie przyjaciela -> porwanie przyjaciela bohatera przez Głównego Złego... etc." Dodaj imiona, kilka miejsc, parę szczegółów, zwolnij idiotów, którzy chcieli wprowadzić ambitna fabułę i mamy gotowy hit dla średniej klasy niedorozwiniętych szympansów. Każdy motyw był juz tak wyeksplatowany że aż smutno było na to patrzeć. W momencie, w którym przywódca grupy biegnie po dachu, goniony przez latająca maszynę, człowiek juz widzi to wyobraźnią: Koniec dachu, dramatyczny gest zasłonięcia się rękoma przed pewna zagładą, i w końcu główny bohater w ostatniej chwili ratujący starego upierdliwca, który od tej pory darzy herosa szacunkiem i zaufanie. Otrząsasz się, patrzysz na film i masz deja vu. Takie sceny posiadają wprost zabójczy wpływ na widza. Dobrze, że byliśmy tam większą grupą znajomych, przynajmniej można było się pośmiać. Szczególnie rozbrajające były momenty, w których ktoś rzucał teksty w stylu "Zaraz zacznie padać deszcz.", a w ciągu brzmienia ostatniej sylaby pierwsza kropla wody spada na zmęczonych, ale szczęśliwych bohaterów. Pod koniec już naprawdę musiałem się starać, żeby nie wybiec z sali wykrzykując przekleństwa i ządania zwrotu pieniędzy.
Czas wspomnieć o tych kilku dobrych rzeczach. Szkoda, że było ich tak mało. Po pierwsze animacje, stojące na bardzo wysokim poziomie i robiące spore wrażenie. Post-apokaliptyczny świat został świetnie oddany w formie animacji. Z tym łączy się drga rzecz, czyli świetne projekty robotów tworzonych przez Maszynę. Wyglądały naprawdę niesamowicie i aż szkoda, że zostały wykorzystane w tak kiepskim filmie. Jeśli chodzi o fabułę, muszę pochwalić jeden fragment: Scena, w której do uszu widza dochodzi jedynie łagodna muzyka gramofonu, a jeden z bohaterów ucieka przed cudem ocalałą Maszyną. Scena banalna okrutnie, ale zrealizowana świetnie. No i cóż, to wszystko.
Film odradzam każdemu, kto nie ma co robić w sobotni wieczór. Lepiej zostać w domu i obejrzeć po raz 50 Terminatora , albo poczytać dobra książkę przy starej muzyce rockowej. Jeżli koniecznie Wam zależy na tej produkcji, poczekajcie, az ktoś z Waszych znajomych będzie miał to na DVD.

czwartek, 24 września 2009

Ciemność widzę

Tak to jest, jak się człowiek napali. Świetny zespół, świetny debiut, zapowiedź nowego albumu... Na szczęście pierwsze wrażenie da się naprawić. A szkoda, że jest co naprawiać. Po takiej grupie spodziewałem się dużo więcej. Praktycznie najsławniejsi polscy muzycy w jednym studiu. Coś takiego mogłoby być po prostu niesamowite. Raz było. A drugi...

Black River - "Black'n'roll"

Zespół złożony z takich osobistości jak Taff, Orion czy Kay z definicji powinien powalić na kolana pierwszymi dźwiękami. W przypadku ich debiutu tak faktycznie było. Energiczny hard rock miażdżył w każdym aspekcie płyty. Tutaj natomiast mamy album raczej przeciętny, co jest z mojej strony sporym zawodem.
Ich muzyka jest niesamowicie energiczna, wręcz skoczna. Człowiek po prostu musi machać głową i skakać jak głupi do tych kawałków. Na koncercie ta potęga była zwiększona jeszcze bardziej. A tutaj mamy coś, co bardziej przypomina porcję odrzutów z sesji Neolithic niż świeże nagrania. Po pierwszym odsłuchaniu byłem straszliwie zawiedziony. Za którymś razem stałem się bardziej obiektywny i nie mogę powiedzieć, że płyta jest zła. Kilka utworów jest wręcz dobrych. Co więc mnie odpycha w tym wydawnictwie? Prawdę powiedziawszy, sam nie potrafię do końca tego zdefiniować. Mamy tu sporo ostrego grania, a jednak energii brakuje. Muszę trochę ponarzekać na pracę muzyków. Nie wiem co się stało z Taffem, ale momentami śpiewa zupełnie inaczej. Na początku płyty zastanawiałem się nawet, czy to na pewno on. Ale ostatecznie pokazał, że nadal ma głos i potrafi się porządnie wydrzeć. Co to gitar to na większości utworów jakby straciły rock'n'rollowe brzmienie. Mniej melodyjne, nastawione raczej na ciężkie granie. Da się jednak do tego przyzwyczaić, a w pewnych momentach brzmi to nawet dobrze. Dziwi mnie też gra basu. Wszystko pod gitarę, praktycznie żadnych własnych wyskoków, których było pełno na debiucie. Daray na perkusji radzi sobie bardzo dobrze, gra szybko i mocno. Mam spore wątpliwości co do jakości albumu. Zmiksowanie chyba nie poszło najlepiej, niektóre utwory trzeszczą, a instrumenty się zlewają.
Jaki z tego wniosek? Nie nagrywaj świetnego debiutu, bo jak kontynuacja nie wyjdzie tak samo dobrze, to zaniży ocenę. Więc obiektywnie powiem, że to dobry album. Nawet ma odchyły w kierunku bardzo dobrego. Ale jednak wiem, że nie będzie tak miło odsłuchiwany w kółko jak poprzedni. Wierzę jednak, że na najbliższym koncercie chłopaki nadrobią straty energii na albumie.

wtorek, 22 września 2009

Tragedii nie było

Co chwilę słyszymy, że kolejny zespół ogłasza się mianem muzyki gotyckiej. Gothic rock, gothic metal itp. To zaczyna być męczące. Nie lubię takiego katalogowania zespołów, więc prędzej nazwał bym to muzyka inspirowaną gotykiem. Ale nie pora o tym marudzić. Bo otóż wyszła nowa płyta grupy, która usilnie identyfikuje się z muzyką gotycką, a konkretniej z jej metalowa odmianą. Tak więc przedstawiam Wam...

Theatre Of Tragedy - "Forever Is The World"

Nowy album norweskiego zespołu prezentuje nam raczej średni poziom. Nie ma żadnych rewelacji, ale i strasznie też nie jest. Jak dla mnie trochę tu za dużo zrzynania od Tarji czy Paradise Lost. Po prostu nic nowego, w dodatku w niezbyt dobrej oprawie.
Nie mówię, że to zła płyta. Ale nie powiedziałem też, że jest dobra. Balansuje ona pomiędzy tymi dwoma pojęciami zajmując stanowisko nieco poniżej średniej. Szczerze, jakoś nie spodziewałem się wiele, a i tak dostałem nieco mniej niż oczekiwałem. Wydawnictwo samo w sobie jest dość nudne. Praktycznie nic się nie zmienia. Jak płyta długa, ciągle słyszę te same gitary, ten sam rytm perkusyjny i klawisze, lekko tylko zmieniany wokal i w ogóle nie mogę doszukać się basu. W kilku kawałkach można jednak dopatrzyć się kilku pozytywnych akcentów. Ze dwa razy nawet pomachałem łebkiem, jeden kawałek lekko zapadł w pamięć. Co ciekawe, artystycznie nie mogę się tutaj do niczego przyczepić. Całość jest zrobiona dobrze, a nawet bardzo. Ale cos jednak w tym siedzi, coś, co nie pozwala mi się przekonać do płytki. Może to fakt, że często mam wrażenie, jakbym słuchał lokalnego zespołu supportującego Tarję albo Lacuna Coil? A może po prostu brzmienie zespołu, który wydał album, bo przycisnęło ich wydawnictwo? Wszystko brzmi jakby robione bez serca, lekko na odczep. Brakuje tej mocy, czegoś, co przyciągnie ludzi. Trzeba powiedzieć, że Nell Sigland ma naprawdę ładny głos, którym potrafi się popisać. Szkoda tylko, że jednak sam głos nie zmienia tak bardzo ogólnego wrażenia. Moim zdaniem, gdyby dodali nieco ostrzejsze gitary i gdzieniegdzie growl Rohonyi'ego wyszło by to znacznie lepiej. pierwszy utwór "Hide And Seek" Brzmi naprawdę mroczniej a wręcz lepiej się go słucha z mocniejszymi uderzeniami i cięższym wokalem w niektórych momentach. To nadawało charakter niejakiej mocy temu kawałkowi. Pomysł nie jest zły, ale wykonanie do mocnego dopracowania.
Album polecam raczej fanom gatunku. Poza tym, można posłuchać, ale raczej szybko płyta pójdzie w cień. Niczym szczególnym się nie zapisała i raczej nikt nie będzie jej wspomniał jako większego dokonania zespołu.

sobota, 19 września 2009

Nowy porządek

"Wielu ludzi znienawidzi Nowy Porządek Świata i wielu zginie protestując przeciw niemu." Tak napisał Henry Wells w 1939 roku. Cytat ten wprowadza nas również w niezwykle kontrowersyjny, ale wciąż mało znany film dokumentalny. Jest też na świcie muzyk, który deklaruje, że ponad wszystko nienawidzi brudnych gier władz państwowych. Ten oto człowiek, żywa legenda, postanowił wyrazić wszystkie swoje przemyślenia najlepiej jak umiał: nagrał płytę. Zapewne każdy, kto miał nieco bliższą styczność z muzyką metalową wie doskonale, że chodzi mi o...

Megadeth - "Endgame"

Dave Mustaine zawsze uwielbiał dwie rzeczy: muzykę i politykę. Te dwa czynniki łączył ze sobą już niejeden zespół. Często kończyło się to kiepskim dziełem artystycznym otoczonym niesamowitym skandalem, co jeszcze bardziej napędzało atmosferę wokół tych albumów. Zdarzały się oczywiście dobre płyty w tym stylu, ale takiej jeszcze nie słyszałem. "Endgame" to połączenie muzyki zupełnie nowego Megadethu (Z pierwotnego składu ocalał jedyne Dave) z niezwykłym konceptem. To wszystko to muzyczny protest przeciw temu, co może się stać. Ale nie będę teraz opowiadał o filmie.
Pierwszy utwór to nic innego jak czysta popisówka najświeższego "nabytku" zespołu, Chrisa Brodericka, dobrze znanego z ostatnich płyt Jag Panzer i Nevermore. Nowy gitarzysta pasuje do zespołu idealnie. Jego gra jest niesamowicie energiczna, szybka i melodyjna. Nie zdarza mu się powtórzyć jakiegoś zagrania, zawsze wymyśli coś nowego. Mustaine'owi trzeba przyznać, że głos mu się nie zmienił od pierwszej płyty. Za to technicznie śpiewa znacznie lepiej. Do tego trzeba powiedzieć, że potrafi się zachować jak porządny drugi gitarzysta: nie wcina się kumplowi, a pomimo tego gra rzeczy dość skomplikowane i naprawdę dobre. Przykro mi, tró fani Metalliki, Dave to bardzo dobry gitarzysta i wokalista i nie należy go jechać tylko i wyłącznie za to, że opuścił pierwszy zespół. Co do basu mam mieszane uczucia. Jest wiele momentów, w których po prostu go nie słychać. Ale za to kiedy już nam się to uda, facet miażdży. Może i gra pod gitarę, ale gra naprawdę dobrze. Perkusiście należy się nieco więcej pochwały, bo gra bardzo szybko i melodyjnie. Nie jest to Larsowe nawalanie w gary.
Tak, owszem, uważam "Endgame" za wiele, wiele lepsze od "Death Magnetic". Owszem. Metallica dumnie utrzymuje swój stały skład od założenia(nie licząc fatum Basistów Metalliki). Ale jak widać na dobre im to nie wychodzi. A Nowy Megadeth się postarał i mu wyszło. Bardzo dobrze wyszło. Mamy tu świetną muzykę, głębsze przesłanie i odgórny koncept. Moim osobistym zdaniem, płyta jest świetna. Oczywiście, że nie dorówna "Countdown to Extinction", ale to mi zupełnie nie przeszkadza ogłosić jej wysoki poziom. Polecam każdemu kto lubi wrócić do starych dobrych czasów, kiedy to metal bez dwudziestu trzech przydomków królował na rynku. Bo jest to naprawdę bardzo, bardzo dobry Thrash. I tyle.

środa, 16 września 2009

Psychoza i Jeżozwierze

Jakże wspaniałym nurtem jest muzyka psychodeliczna. To wprost niesamowite, że niby niepozorne dźwięki gitar, basu, klawiszy, perkusji i syntezatorów potrafią wprawić w stan zmielenia psychiki w kolorową papkę dla kota. Oczywiście, w tej mierze niedoścignione jest 65daysofstatic, ale pojawia się tutaj kolejny godny przedstawiciel nurtu nieszczególnie znanego szerokiej publice. Chociaż poprzednie albumy grupy wykazywały odchyły znacznie większe ku rockowi niż psychodeli, tutaj z całą pewnością można stwierdzić, że album potrafi się wryć się w głowę naprawę mocno. Dlatego na naprawdę bardzo, bardzo dobra płytę uważam...

Porcupine Tree - "The Incident"

Już od pierwszych uderzeń wiadomo, że podczas słuchania tej płyty najlepiej się wyłączyć na czynniki zewnętrzne. Naprawdę mocne uderzenia, do tego dziwnie nieregularne, a jednak synchroniczne. Po prostu wchodzi Ci do najbardziej zapajęczynionych obszarów głowy i zaczyna się zagrzebywać. Po kilkunastu minutach wiesz, że się go nie pozbędziesz tak łatwo. Zresztą, nie ma po co go wywalać. Niech tam siedzi i dalej kopie mi w czaszce. Psychodelka jak się patrzy.
Album ma bardzo nierówne brzmienie. Raz ostre nawalanie w instrumenty przyprawia o chęć machania głową, a wolniejsze piosenki kiwają całym ciałem. Praca wszystkich części zespołu jest niesamowicie zgrana. Wokal nie wchodzi za często, a nierzadko jest on przetworzony przez komputer, a czasem Steve Wilson po prostu bawi się swoim głosem. Szept zmieszany z cichym wydzieraniem się, chrapliwy głos zlewający się z gitarami. To tego same sześć strun(a nawet dwanaście) Radzi sobie doskonale z każdym rodzajem utworu. Są nawet akustyczne wstawki, a czasem przesterowane wiosło potrafi zrobić psychozę jakiej dawno nie uświadczyłem przy muzyce(nie licząc oczywiście słuchania Dosów). Bas spełnia idealnie swoją rolę. Przez większość czasu tworzy tło, ale nie gra pod gitarę, co bardzo cenię. Ma tez niejednokrotnie cudne wstawki, podczas których umieram i podkręcam basy na 110%. Perkusista naprawdę zasługuje na pochwałę. Nie wiem jak to robi, ale każde jego uderzenie brzmi naprawdę ciężko, jakby rąbał zza pleców. Nawet podczas tych najspokojniejszych momentów. No i na wspomnienie zasługują jeszcze klawisze. Bo choć nie robią tak dużo na tej płycie, jak już dojdą do głosu, to potrafią trzymać klimat przez ładnych kilka minut.
Koncept na stworzenie tego albumu również jest ciekawy. Zazwyczaj, między dłuższymi kawałkami znajdzie się dwuminutowy utwór o jeszcze większej dawce psychodeli niż wynosi średnia albumowa. A pomysł na drugą płytkę, gdzie jeden utwór trwa ponad 20 minut i można by go podzielić na kilka części został skontrastowany z trzema pozostałymi trwającymi średnio po 5 minut jest nawet nie tyle ciekawy, co wyszedł po prostu niesamowicie. Niby to ten sam kawałek, a jednak motywów ma znacznie więcej.
Po prostu polecam. Każdy, kto lubi posłuchać muzyki nie robiąc nic innego powinien mieć ten album jak najszybciej. Płyta jest niesamowicie skonstruowana, głęboko wciąga słuchacza i pozostawia go w stanie kiwającego zombie wypowiadającego w kółko jedno słowo: "Więęęęceeeej!"

wtorek, 15 września 2009

Wcale nie tak opornie

Już w połowie lat 60 XX w. świat zobaczył, że połączenie rocka z muzyką elektroniczną nie jest wcale złym pomysłem. Wręcz przeciwnie. Rock progresywny i psychodeliczny wkroczyły na rynek z wielkim rozmachem. Wydawałoby się, że taki pomysł zostanie szybko wyeksplatowany i zapomniany. A jednak, od tamtego czasu mamy nieustające źródełko tego typu muzyki. Również dzisiaj ta muzyka może trzymać wysoki poziom, przykładem tego jest...

Muse - "The Resistance"

Do tej pory Muse słyszałem tylko kilka razy i podobała mi się ich muzyka. Natomiast najnowszy album można określić jako bardzo dobry. Nie jest to super hit, raczej nie podbije runku muzycznego, ale posłuchać można, a dla fanów rocka elektronicznego jest to wręcz pozycja obowiązkowa.
Całość składa się jakby z dwóch składników. Z jednej strony mamy spokojny rock z duża dawką cięższych brzmień gitarowych, a drugiej spora ilość instrumentów elektronicznych. Nie można określić w jakim stopniu te dwie rzeczy, ponieważ niemal każdy kawałek jest zupełnie inny. W jednych efekty komputerowe i syntezatory niemal całkowicie przysłaniają klasyczne instrumenty, a czasem pojawia się tutaj mocne, hard rockowe brzmienie z niewielka dawką efektów. To jest naprawdę dobry zabieg, ponieważ płyta szybko się nie znudzi, skoro każdy utwór ma inne brzmienie. Ale co do brzmienia, muszę tutaj wspomnieć, że momentami gitarzyści Muse chyba pożyczali przestery od 65daysofstatic. Momentami brzmią one identycznie jak na płytach Dosów. Niby ciekawie, ale jednak niezbyt mi to pasuje. Znacznie bardziej podobają mi się kawałki, gdzie gitary nie oszczędzają się w wydawaniu ciężkich dźwięków. Zawiodła mnie tez praca perkusisty, który raczej niezbyt się postarał na tym albumie. Poza tym, sekcja muzyczna jak najbardziej w porządku. Jeśli chodzi zaś o lirykę, tu jest naprawdę ciekawie. Otóż pojawia się mglisty koncept, który nie dominuje jednak całości płyty. Same tytuły takie jak "Uprising", "Resistance" czy "United States Of Eurasia" mówią same za siebie. Jak jednak mówiłem, nie jest to temat dominujący. Bellamy pozwolił sobie na spory luz przy tworzeniu tekstów. Powiem jedna szczerze, ze wokal nie jest najmocniejszą strona grupy, ale też chyba nie takie było początkowe założenie. Jeśli płytę określić jako bardzo dobrą, to Śpiew stoi na poziomie powyżej średniej, żaden popis. Ale osobiście mi to nie przeszkadza. Wolę się skupić na samej muzyce.
Ogólnie płyta jest godna polecenia, szczególnie fanom gatunku. Z przyjemnością można ją przesłuchać kilka razy, a i nie jeden kawałek wyląduje na MP3. Ale czuję jednak, ze przemknie bez większego echa niż starsze albumy Muse.

sobota, 12 września 2009

Sto nazistowskich skalpów i wiele, wiele więcej...

Zachwyt. Podziw. Entuzjazm. Radość. Energia. To tylko pięć z naprawdę wielu określeń humory, który miałem w trakcie wychodzenia z kina. Do niedawna zastanawiałem się, czy nie nazwać tego najlepszym filmem jaki w życiu widziałem. Cóż, nadal nie wiem, czy pobił "Requiem dla Snu" czy "Dzień Świra", ale na pewno reżyser ten przebił swoje poprzednie filmy. Tak jest, moim zdaniem "Pulp Fiction" i "Wściekłe Psy" Muszą ustąpić miejsca nowemu królowi. Otóż pojawiają się tutaj...

"Bękarty Wojny" Quentina Tarantino

Zapewne wiele osób się ze mną nie zgodzi. To jest cecha filmów Tarantino. Oscylacja między kiczem a arcydziełem. Najpewniej film zostanie zjechany przez krytyków i średnio rozwinięte pawiany jakie widziałem na sali, a następnie zostanie uznany za klasyk. Ja sądzę, że jest to najlepszy film Tarantino, i postaram się udowodnić dlaczego tak twierdzę.
Ten człowiek robi po prostu specyficzne filmy. Nie można określić go konkretnym gatunkiem. Nawet nie dlatego, że jest to zbyt duża mieszanka. Nie, to dlatego, że ten człowiek potrafi rozśmieszyć widza gigantycznym napisem "Hugo Stiglitz" na ekranie. Chociaż raczej nie była to komedia, to jednak często się śmiałem, a w pewnym momencie nie mogłem powstrzymać ciągłego rechotu do samego końca filmu. Dla mnie jest to po prostu film Tarantino, ni mniej, ni więcej. Zacznijmy jednak od zarysu fabuły.
Film podzielony jest na rozdziały i wątki. Oczywiście wszystko przeplata się w oczywisty sposób po to, żeby związać się na koniec filmu i skończyć dwie minuty później. w pierwszym rozdziale poznajemy porucznika SS Hansa Landa, który dokonuje mordu ukrywającej się rodziny żydowskiej. Z niewiadomych do końca powodów, oficer pozwala uciec młodej dziewczynie z masakry. Chwilę później widzimy już odprawę wojenną tytułowych Bękartów - elitarnej, żydowskiej jednostki mającej tylko jeden cel - sprawić, by Hitlerowcom każdej nocy z łóżek spływała mała, żółta stróżka w obawie przed brutalnym atakiem nieuchwytnych komandosów. Aż tu nagle powrót do pierwszego wątku: Starsza już nieco, ocalała Żydówka dostaje niepowtarzalną okazję odpłacić się swoim oprawcom...
Więcej nie powiem, obejrzyjcie sami. Bo obejrzeć warto. Tarantino w pełni formy. Film już od początku niesamowicie wciąga. Przyłapałem się na wstrzymywaniu oddechu gdy zobaczyłem ukrywającą się rodzinę pół metra pod stopami nazistowskiego oprawcy. Nie jestem w stanie określić, jak bardzo ten film wciąga, to po prostu trzeba zobaczyć. Świetne są oczywiście pomysły na realizację niektórych projektów w filmie. Samo wskazywanie strzałkami ważniejszych przywódców Rzeszy czy Samuel L. Jackson opowiadający historię Stiglitza i łatwopalnych filmów były świetnymi pomysłami, a sam Tarantino podłożył głos w scenie filmu "Nation's Pride". Generalnie sam pomysł z "Operacją Kino" i realizacja tego były dla mnie czymś niesamowitym. Byłem szczerze zaskoczony samym rozwinięciem fabuły. A ona sama stanowi tutaj coś, można powiedzieć, ciekawego. Fabularnie, spora część filmu można by wywalić. Ale to właśnie te scenki były chyba najlepsze. Krótka scenka "skomplikowanej" zasadzki Bękartów na niemieckich żołnierzy w lesie czy piwnicy barowej po prostu powaliły mnie na kolana, a kwestia Stiglitza "Say Aufwiederzehn to your Nazi balls!" Stała się moja ulubioną. To jest własnie Tarantino: śmieszy i zaciekawia rzeczami zupełnie niepozornymi, niby wcale nie ciekawymi. Dodać do tego oczywiście pomysły skalpowania Niemców czy wycinania swastyki na czołach wypuszczonych wrogów. Brzmi dziwnie, nie? Natomiast gdy się to widzi - Arcydzieło. Fuckin' Masterpiece! Inaczej się nie da nie używając wiązanki zwrotów ze Słownika Polskich Przekleństw i Wulgaryzmów.
Resztę "do dopisania" pozostawiam Wam. Idźcie na ten film. Koniecznie. Musicie. To jest tak absolutnie boskie dzieło, że będę polecam każdemu, z kim będę rozmawiał na temat filmów. Owszem, "Requiem dla Snu" nie przebija. Ale był blisko. Dlatego już nie moge się doczekać, co nasz Wielki Mistrz nakręci następnym razem.

środa, 9 września 2009

Powiało chłodem...

Do nowych płyt starych zespołów podchodzę zazwyczaj mam dość0 sceptyczne podejście. Tek tez było w przypadku tego wydawnictwa, do tego raczej nietypowego. A jednak, mój stosunek do tego albumu muszę ocenić pozytywnie, a chodzi tutaj o...
Black Crowes - "Before The Frost... Untill The Freeze"

Mam niewielki dylemat jak w ogóle nazwać ten album. Skoro są to dwie części w jednym, to teoretycznie jest to dwupłytówka. Ale nie do końca, gdyż twórcy zastosowali bardzo ciekawy zabieg. Płytę "Before The Frost" można nabyć w sklepie, a jedynym sposobem zdobycia "Untill The Freeze" jest pobranie z internetu, co umożliwia specjalny kod dostępny tylko i wyłącznie z oryginalna kopią pierwszej płyty. Czegoż takiego jeszcze nie widziałem. Przyznaję, niezwykle ciekawe, ale też raczej niebyt potrzebne. Trochę za dużo tu kombinowania. Trzeba było albo walnąć dwie "materialne" płytki, albo całość udostępnić w internecie. Wyjście pośrednie wypada tutaj słabo.
Muzycznie obie części są bardzo podobne. Pierwsza jest nieco bardziej rockowa, druga skłania się nieco ku country. Ale nadal muzykę Black Crows można podrzucić pod szeroko pojętego rocka. Jeśli chodzi o album, to trzeba powiedzieć, że jest bardzo równy, na siłę wyróżniłbym dwa kawałki. Całość generalnie jest dobra, ale tylko dobra. Chociaż wolałem ich muzykę z lat 90, tutaj nie ma sie zbytnio do czego przyczepić. Ich muzyka sporo się zmieniła, ale nadal czuć tutaj ich styl nawet z początkowych lat grupy. Dziwi mnie mocny spadek znaczenia klawiszy. Tym się niejako odznaczali, jako dość nietypowe brzmienie rockowe. Razem z tym spada nieco magia Kruków. Tak samo jak z wokalem. No niby w porządku, ale stary Robinson chyba już lekko nie wyrabia. Zarówno poszczególnym częściom jak i ogółowi brakuje jakiejś takiej energii. Nie szału, ale jednak tego czegoś, co wprawia głowę w drgania.
Całość, muszę powiedzieć, podoba mi się. Można posłuchać kilka razy na spokojnie, w przyszłości puścić sobie w tle, a ze dwa kawałki może i na MP3 polecą. Nie zachwycili mnie tym, ale pozytywnie zaskoczyli. Polecam, jak najbardziej można posłuchać, ale nie spodziewajcie się żadnych super-rewelacji.

sobota, 5 września 2009

Żegnamy lato w Pruszczu

Tłum się zbiera, ludzie przychodzą, pod sceną robi się gęsto. Scena letnia "Park Faktoria" w Pruszczu Gdańskim stała się świadkiem niewielkiego, ale za to niezwykłego koncertu "Pożegnanie Lata". Takie imprezy są teraz organizowane z całej Polsce, a ja trafiłem akurat tutaj, gdzie już za chwilę miały wystąpić dwa polskie zespoły...
Ok. godziny 19 na scenę wyszło Lipali. Przyznam szczerze, że nigdy mnie nie zainteresowali, ale to co pokazali w Pruszczu, można było określić jedynie mianem porażki. Przepraszam panowie, ale mogliście się nieco bardziej postarać, bo słyszałem o Was dobre opinie. Będąc już większą ekipą postanowiliśmy podejść bliżej sceny. Już podczas pierwszego kawałka zniechęcili mnie do siebie. Ja rozumiem, że to dopiero support, ale mogliby chociaż gitarę nastroić, no błagam! Ale okej, stoimy dalej... Cóż, drugi kawałek się jeszcze nie skończył, a cała ekipa już siedzi. Naprawdę ostro się wynudziłem przez tę godzinę. Każdy kolejny kawałek brzmiał tak samo. Ja byłem coraz bardziej wkurzony, a coraz więcej ludzi siedziało. Zero szału, jakiejkolwiek energii w tym koncercie. Zacząłem się już nawet szlajać po terenie koncertu w poszukiwaniu znajomych. Siedząc, a potem już nawet leżąc pięć metrów od sceny nie bałem się tylko tego, że ktoś za chwilę zemdleje z nudów i mnie przymiażdży. W pewnym momencie zaczął nawet skubać trawę z nudów. Pod koniec koncertu zauważyłem, że kółeczko wokół mnie to już niemal goła gleba. Najciekawszym aspektem tego występu była sytuacja, w której wokalista zaśpiewał "A wszystko to..." a za mną ktoś krzyknął "...bo Ciebie kocham!". Śmiechłem i wróciłem do spania. Kiedy zeszli ze sceny już się ucieszyłem. Niestety, panowie poczuli się na siłach i wyszli na bis. Załamany wznowiłem proces niszczenia tworu matki natury. Na szczęście bisowali tylko jeden kawałek. No, w końcu ostatecznie zeszli. Wtedy już z zacieszem na ryjku pobiegłem pod scenę i czekałem... trochę tam postaliśmy, ale w końcu zaczęli się to, na co czekaliśmy...
Lao Che weszło oczywiście ze słowami "W imieniu rządu Jedności Narodowej witam państwa". W tym momencie szał już był większy niż na poprzednim występie. Jak zwykle na wstępie zagrali "1939/Przed Burzą". Ryk tłumu był niesamowity, ale szybko przerodził się w dość zgrane śpiewanie z zespołem. Tłum już się rozkręcał, ale to jeszcze nic. Na kolejnym kawałku już znalazłem się w niemałym pogo, drąc się cały czas. Nie wiem jak Lao to robi, ale oni samą obecnością potrafią pobudzić ludzi do szaleństwa. Na każdym kolejnym kawałku było miejsce zarówno na skakanie i machanie kończynami, jak i na chwilę odpoczynku i śpiewanie. I chociaż szybko zdarłem sobie gardło, nie poddawałem się. To był mój czwarty koncert Lao Che, ale kolesie nadal mi się nie znudzili. Na żywca robią po prostu niesamowite show. Jak tylko się rozglądałem, ludzie szaleli i śpiewali, a chłopaki na scenie nie dawali nam szansy na długi odpoczynek. Świetne momenty były tez, gdy gitarzysta robił psychodeliczne wstawki i generalnie popisywał się umiejętnością tworzenia na bieżąco, bawiąc się przy tym przesterami. Kolejne kawałki grali z niesamowita energią, po prostu nie dało się nie skakać. Do tego nawet ze zdartym gardłem cały czas próbowałem śpiewać. Dali naprawdę niesamowity występ, nie mam żadnych zastrzeżeń poza kilkoma idiotami pod barierkami (stanąć na samym przedzie i narzekać na pchających się ludzi, nie no, nie wyrobię). Na koniec mi tez udało się dobić pod same barierki i z mieszanką dumy i smutku muszę powiedzieć, że tam szalałem najbardziej z całego tłumu. Po zejściu ze sceny nie dali długo się prosić o bis. Po zaledwie dwóch minutach głośnego skandowania wyszli z powrotem i zagrali jeszcze dwa kawałki. Wtedy, pomimo zmęczenia, ludzie znaleźli te resztki energii i wywalili je za jednym razem. Szał, skakanie i darcie ryja, tak to podsumuję.

Generalnie powiem, że to zakończenie lata było godne. Bo choć Lipali bardzo zawiodło, to Lao Che zagrało niesamowicie i polecam każdemu, kto ich jeszcze nie widział wybrać na najbliższy koncert.