Theatre Of Tragedy - "Forever Is The World"


Nowy album norweskiego zespołu prezentuje nam raczej średni poziom. Nie ma żadnych rewelacji, ale i strasznie też nie jest. Jak dla mnie trochę tu za dużo zrzynania od Tarji czy Paradise Lost. Po prostu nic nowego, w dodatku w niezbyt dobrej oprawie.
Nie mówię, że to zła płyta. Ale nie powiedziałem też, że jest dobra. Balansuje ona pomiędzy tymi dwoma pojęciami zajmując stanowisko nieco poniżej średniej. Szczerze, jakoś nie spodziewałem się wiele, a i tak dostałem nieco mniej niż oczekiwałem. Wydawnictwo samo w sobie jest dość nudne. Praktycznie nic się nie zmienia. Jak płyta długa, ciągle słyszę te same gitary, ten sam rytm perkusyjny i klawisze, lekko tylko zmieniany wokal i w ogóle nie mogę doszukać się basu. W kilku kawałkach można jednak dopatrzyć się kilku pozytywnych akcentów. Ze dwa razy nawet pomachałem łebkiem, jeden kawałek lekko zapadł w pamięć. Co ciekawe, artystycznie nie mogę się tutaj do niczego przyczepić. Całość jest zrobiona dobrze, a nawet bardzo. Ale cos jednak w tym siedzi, coś, co nie pozwala mi się przekonać do płytki. Może to fakt, że często mam wrażenie, jakbym słuchał lokalnego zespołu supportującego Tarję albo Lacuna Coil? A może po prostu brzmienie zespołu, który wydał album, bo przycisnęło ich wydawnictwo? Wszystko brzmi jakby robione bez serca, lekko na odczep. Brakuje tej mocy, czegoś, co przyciągnie ludzi. Trzeba powiedzieć, że Nell Sigland ma naprawdę ładny głos, którym potrafi się popisać. Szkoda tylko, że jednak sam głos nie zmienia tak bardzo ogólnego wrażenia. Moim zdaniem, gdyby dodali nieco ostrzejsze gitary i gdzieniegdzie growl Rohonyi'ego wyszło by to znacznie lepiej. pierwszy utwór "Hide And Seek" Brzmi naprawdę mroczniej a wręcz lepiej się go słucha z mocniejszymi uderzeniami i cięższym wokalem w niektórych momentach. To nadawało charakter niejakiej mocy temu kawałkowi. Pomysł nie jest zły, ale wykonanie do mocnego dopracowania.
Album polecam raczej fanom gatunku. Poza tym, można posłuchać, ale raczej szybko płyta pójdzie w cień. Niczym szczególnym się nie zapisała i raczej nikt nie będzie jej wspomniał jako większego dokonania zespołu.
Nie mówię, że to zła płyta. Ale nie powiedziałem też, że jest dobra. Balansuje ona pomiędzy tymi dwoma pojęciami zajmując stanowisko nieco poniżej średniej. Szczerze, jakoś nie spodziewałem się wiele, a i tak dostałem nieco mniej niż oczekiwałem. Wydawnictwo samo w sobie jest dość nudne. Praktycznie nic się nie zmienia. Jak płyta długa, ciągle słyszę te same gitary, ten sam rytm perkusyjny i klawisze, lekko tylko zmieniany wokal i w ogóle nie mogę doszukać się basu. W kilku kawałkach można jednak dopatrzyć się kilku pozytywnych akcentów. Ze dwa razy nawet pomachałem łebkiem, jeden kawałek lekko zapadł w pamięć. Co ciekawe, artystycznie nie mogę się tutaj do niczego przyczepić. Całość jest zrobiona dobrze, a nawet bardzo. Ale cos jednak w tym siedzi, coś, co nie pozwala mi się przekonać do płytki. Może to fakt, że często mam wrażenie, jakbym słuchał lokalnego zespołu supportującego Tarję albo Lacuna Coil? A może po prostu brzmienie zespołu, który wydał album, bo przycisnęło ich wydawnictwo? Wszystko brzmi jakby robione bez serca, lekko na odczep. Brakuje tej mocy, czegoś, co przyciągnie ludzi. Trzeba powiedzieć, że Nell Sigland ma naprawdę ładny głos, którym potrafi się popisać. Szkoda tylko, że jednak sam głos nie zmienia tak bardzo ogólnego wrażenia. Moim zdaniem, gdyby dodali nieco ostrzejsze gitary i gdzieniegdzie growl Rohonyi'ego wyszło by to znacznie lepiej. pierwszy utwór "Hide And Seek" Brzmi naprawdę mroczniej a wręcz lepiej się go słucha z mocniejszymi uderzeniami i cięższym wokalem w niektórych momentach. To nadawało charakter niejakiej mocy temu kawałkowi. Pomysł nie jest zły, ale wykonanie do mocnego dopracowania.
Album polecam raczej fanom gatunku. Poza tym, można posłuchać, ale raczej szybko płyta pójdzie w cień. Niczym szczególnym się nie zapisała i raczej nikt nie będzie jej wspomniał jako większego dokonania zespołu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz