środa, 16 września 2009

Psychoza i Jeżozwierze

Jakże wspaniałym nurtem jest muzyka psychodeliczna. To wprost niesamowite, że niby niepozorne dźwięki gitar, basu, klawiszy, perkusji i syntezatorów potrafią wprawić w stan zmielenia psychiki w kolorową papkę dla kota. Oczywiście, w tej mierze niedoścignione jest 65daysofstatic, ale pojawia się tutaj kolejny godny przedstawiciel nurtu nieszczególnie znanego szerokiej publice. Chociaż poprzednie albumy grupy wykazywały odchyły znacznie większe ku rockowi niż psychodeli, tutaj z całą pewnością można stwierdzić, że album potrafi się wryć się w głowę naprawę mocno. Dlatego na naprawdę bardzo, bardzo dobra płytę uważam...

Porcupine Tree - "The Incident"

Już od pierwszych uderzeń wiadomo, że podczas słuchania tej płyty najlepiej się wyłączyć na czynniki zewnętrzne. Naprawdę mocne uderzenia, do tego dziwnie nieregularne, a jednak synchroniczne. Po prostu wchodzi Ci do najbardziej zapajęczynionych obszarów głowy i zaczyna się zagrzebywać. Po kilkunastu minutach wiesz, że się go nie pozbędziesz tak łatwo. Zresztą, nie ma po co go wywalać. Niech tam siedzi i dalej kopie mi w czaszce. Psychodelka jak się patrzy.
Album ma bardzo nierówne brzmienie. Raz ostre nawalanie w instrumenty przyprawia o chęć machania głową, a wolniejsze piosenki kiwają całym ciałem. Praca wszystkich części zespołu jest niesamowicie zgrana. Wokal nie wchodzi za często, a nierzadko jest on przetworzony przez komputer, a czasem Steve Wilson po prostu bawi się swoim głosem. Szept zmieszany z cichym wydzieraniem się, chrapliwy głos zlewający się z gitarami. To tego same sześć strun(a nawet dwanaście) Radzi sobie doskonale z każdym rodzajem utworu. Są nawet akustyczne wstawki, a czasem przesterowane wiosło potrafi zrobić psychozę jakiej dawno nie uświadczyłem przy muzyce(nie licząc oczywiście słuchania Dosów). Bas spełnia idealnie swoją rolę. Przez większość czasu tworzy tło, ale nie gra pod gitarę, co bardzo cenię. Ma tez niejednokrotnie cudne wstawki, podczas których umieram i podkręcam basy na 110%. Perkusista naprawdę zasługuje na pochwałę. Nie wiem jak to robi, ale każde jego uderzenie brzmi naprawdę ciężko, jakby rąbał zza pleców. Nawet podczas tych najspokojniejszych momentów. No i na wspomnienie zasługują jeszcze klawisze. Bo choć nie robią tak dużo na tej płycie, jak już dojdą do głosu, to potrafią trzymać klimat przez ładnych kilka minut.
Koncept na stworzenie tego albumu również jest ciekawy. Zazwyczaj, między dłuższymi kawałkami znajdzie się dwuminutowy utwór o jeszcze większej dawce psychodeli niż wynosi średnia albumowa. A pomysł na drugą płytkę, gdzie jeden utwór trwa ponad 20 minut i można by go podzielić na kilka części został skontrastowany z trzema pozostałymi trwającymi średnio po 5 minut jest nawet nie tyle ciekawy, co wyszedł po prostu niesamowicie. Niby to ten sam kawałek, a jednak motywów ma znacznie więcej.
Po prostu polecam. Każdy, kto lubi posłuchać muzyki nie robiąc nic innego powinien mieć ten album jak najszybciej. Płyta jest niesamowicie skonstruowana, głęboko wciąga słuchacza i pozostawia go w stanie kiwającego zombie wypowiadającego w kółko jedno słowo: "Więęęęceeeej!"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz