"Bękarty Wojny" Quentina Tarantino

Zapewne wiele osób się ze mną nie zgodzi. To jest cecha filmów Tarantino. Oscylacja między kiczem a arcydziełem. Najpewniej film zostanie zjechany przez krytyków i średnio rozwinięte pawiany jakie widziałem na sali, a następnie zostanie uznany za klasyk. Ja sądzę, że jest to najlepszy film Tarantino, i postaram się udowodnić dlaczego tak twierdzę.
Ten człowiek robi po prostu specyficzne filmy. Nie można określić go konkretnym gatunkiem. Nawet nie dlatego, że jest to zbyt duża mieszanka. Nie, to dlatego, że ten człowiek potrafi rozśmieszyć widza gigantycznym napisem "Hugo Stiglitz" na ekranie. Chociaż raczej nie była to komedia, to jednak często się śmiałem, a w pewnym momencie nie mogłem powstrzymać ciągłego rechotu do samego końca filmu. Dla mnie jest to po prostu film Tarantino, ni mniej, ni więcej. Zacznijmy jednak od zarysu fabuły.
Film podzielony jest na rozdziały i wątki. Oczywiście wszystko przeplata się w oczywisty sposób po to, żeby związać się na koniec filmu i skończyć dwie minuty później. w pierwszym rozdziale poznajemy porucznika SS Hansa Landa, który dokonuje mordu ukrywającej się rodziny żydowskiej. Z niewiadomych do końca powodów, oficer pozwala uciec młodej dziewczynie z masakry. Chwilę później widzimy już odprawę wojenną tytułowych Bękartów - elitarnej, żydowskiej jednostki mającej tylko jeden cel - sprawić, by Hitlerowcom każdej nocy z łóżek spływała mała, żółta stróżka w obawie przed brutalnym atakiem nieuchwytnych komandosów. Aż tu nagle powrót do pierwszego wątku: Starsza już nieco, ocalała Żydówka dostaje niepowtarzalną okazję odpłacić się swoim oprawcom...
Więcej nie powiem, obejrzyjcie sami. Bo obejrzeć warto. Tarantino w pełni formy. Film już od początku niesamowicie wciąga. Przyłapałem się na wstrzymywaniu oddechu gdy zobaczyłem ukrywającą się rodzinę pół metra pod stopami nazistowskiego oprawcy. Nie jestem w stanie określić, jak bardzo ten film wciąga, to po prostu trzeba zobaczyć. Świetne są oczywiście pomysły na realizację niektórych projektów w filmie. Samo wskazywanie strzałkami ważniejszych przywódców Rzeszy czy Samuel L. Jackson opowiadający historię Stiglitza i łatwopalnych filmów były świetnymi pomysłami, a sam Tarantino podłożył głos w scenie filmu "Nation's Pride". Generalnie sam pomysł z "Operacją Kino" i realizacja tego były dla mnie czymś niesamowitym. Byłem szczerze zaskoczony samym rozwinięciem fabuły. A ona sama stanowi tutaj coś, można powiedzieć, ciekawego. Fabularnie, spora część filmu można by wywalić. Ale to właśnie te scenki były chyba najlepsze. Krótka scenka "skomplikowanej" zasadzki Bękartów na niemieckich żołnierzy w lesie czy piwnicy barowej po prostu powaliły mnie na kolana, a kwestia Stiglitza "Say Aufwiederzehn to your Nazi balls!" Stała się moja ulubioną. To jest własnie Tarantino: śmieszy i zaciekawia rzeczami zupełnie niepozornymi, niby wcale nie ciekawymi. Dodać do tego oczywiście pomysły skalpowania Niemców czy wycinania swastyki na czołach wypuszczonych wrogów. Brzmi dziwnie, nie? Natomiast gdy się to widzi - Arcydzieło. Fuckin' Masterpiece! Inaczej się nie da nie używając wiązanki zwrotów ze Słownika Polskich Przekleństw i Wulgaryzmów.
Resztę "do dopisania" pozostawiam Wam. Idźcie na ten film. Koniecznie. Musicie. To jest tak absolutnie boskie dzieło, że będę polecam każdemu, z kim będę rozmawiał na temat filmów. Owszem, "Requiem dla Snu" nie przebija. Ale był blisko. Dlatego już nie moge się doczekać, co nasz Wielki Mistrz nakręci następnym razem.
Ten człowiek robi po prostu specyficzne filmy. Nie można określić go konkretnym gatunkiem. Nawet nie dlatego, że jest to zbyt duża mieszanka. Nie, to dlatego, że ten człowiek potrafi rozśmieszyć widza gigantycznym napisem "Hugo Stiglitz" na ekranie. Chociaż raczej nie była to komedia, to jednak często się śmiałem, a w pewnym momencie nie mogłem powstrzymać ciągłego rechotu do samego końca filmu. Dla mnie jest to po prostu film Tarantino, ni mniej, ni więcej. Zacznijmy jednak od zarysu fabuły.
Film podzielony jest na rozdziały i wątki. Oczywiście wszystko przeplata się w oczywisty sposób po to, żeby związać się na koniec filmu i skończyć dwie minuty później. w pierwszym rozdziale poznajemy porucznika SS Hansa Landa, który dokonuje mordu ukrywającej się rodziny żydowskiej. Z niewiadomych do końca powodów, oficer pozwala uciec młodej dziewczynie z masakry. Chwilę później widzimy już odprawę wojenną tytułowych Bękartów - elitarnej, żydowskiej jednostki mającej tylko jeden cel - sprawić, by Hitlerowcom każdej nocy z łóżek spływała mała, żółta stróżka w obawie przed brutalnym atakiem nieuchwytnych komandosów. Aż tu nagle powrót do pierwszego wątku: Starsza już nieco, ocalała Żydówka dostaje niepowtarzalną okazję odpłacić się swoim oprawcom...
Więcej nie powiem, obejrzyjcie sami. Bo obejrzeć warto. Tarantino w pełni formy. Film już od początku niesamowicie wciąga. Przyłapałem się na wstrzymywaniu oddechu gdy zobaczyłem ukrywającą się rodzinę pół metra pod stopami nazistowskiego oprawcy. Nie jestem w stanie określić, jak bardzo ten film wciąga, to po prostu trzeba zobaczyć. Świetne są oczywiście pomysły na realizację niektórych projektów w filmie. Samo wskazywanie strzałkami ważniejszych przywódców Rzeszy czy Samuel L. Jackson opowiadający historię Stiglitza i łatwopalnych filmów były świetnymi pomysłami, a sam Tarantino podłożył głos w scenie filmu "Nation's Pride". Generalnie sam pomysł z "Operacją Kino" i realizacja tego były dla mnie czymś niesamowitym. Byłem szczerze zaskoczony samym rozwinięciem fabuły. A ona sama stanowi tutaj coś, można powiedzieć, ciekawego. Fabularnie, spora część filmu można by wywalić. Ale to właśnie te scenki były chyba najlepsze. Krótka scenka "skomplikowanej" zasadzki Bękartów na niemieckich żołnierzy w lesie czy piwnicy barowej po prostu powaliły mnie na kolana, a kwestia Stiglitza "Say Aufwiederzehn to your Nazi balls!" Stała się moja ulubioną. To jest własnie Tarantino: śmieszy i zaciekawia rzeczami zupełnie niepozornymi, niby wcale nie ciekawymi. Dodać do tego oczywiście pomysły skalpowania Niemców czy wycinania swastyki na czołach wypuszczonych wrogów. Brzmi dziwnie, nie? Natomiast gdy się to widzi - Arcydzieło. Fuckin' Masterpiece! Inaczej się nie da nie używając wiązanki zwrotów ze Słownika Polskich Przekleństw i Wulgaryzmów.
Resztę "do dopisania" pozostawiam Wam. Idźcie na ten film. Koniecznie. Musicie. To jest tak absolutnie boskie dzieło, że będę polecam każdemu, z kim będę rozmawiał na temat filmów. Owszem, "Requiem dla Snu" nie przebija. Ale był blisko. Dlatego już nie moge się doczekać, co nasz Wielki Mistrz nakręci następnym razem.

Najpierw słów kilka o blogu - świetny komentarz na początek "pisanie o jednej rzeczy jest nudne" - doskonale pasuje do podjętej tu tematyki - czyli Twoim hobby - muzyce, filmach i pewnie będzie więcej :)
OdpowiedzUsuń"Bękarty" obejrzane i też uważam, że są świetne. Po "Death proofie" spodziewałam się więcej agresji, krwi bryzgającej w niezliczonych ilościach po wszelkich ścianach i widoku kiszek po każdej wymianie ognia. A tu zabrakło tego - o dziwo. Zabawa z widzem, i to europejskim, wyszła znakomicie Tarantino. Bałam się, że Amerykanin (każdy reżyser) nie będzie potrafił albo uchwycić tematu II wojny z szacunkiem, albo będzie sztywno, patetycznie, lub komicznie. Racja, że należy patrzeć na tą produkcję jak na film Tarantino i taką miarą go oceniać, ale poza tym i tak gratuluję Quentinowi, że tak cudnie ujął temat, nie tracąc nic na własnym stylu - kiczu, przesady. W ciągu 2,5 godziny widz przeżywa ferie emocji - smutek, współczucie, ubaw, obawę o losy bohaterów - i to jest piękne!
Straszne jest wiedzieć, że ten film będzie kultowym już kilka dni po premierze ;]