Ok. godziny 19 na scenę wyszło Lipali. Przyznam szczerze, że nigdy mnie nie zainteresowali, ale to co pokazali w Pruszczu, można było określić jedynie mianem porażki. Przepraszam panowie, ale mogliście się nieco bardziej postarać, bo słyszałem o Was dobre opinie. Będąc już większą ekipą postanowiliśmy podejść bliżej sceny. Już podczas pierwszego kawałka zniechęcili mnie do siebie. Ja rozumiem, że to dopiero support, ale mogliby chociaż gitarę nastroić, no błagam! Ale okej, stoimy dalej... Cóż, drugi kawałek się jeszcze nie skończył, a cała ekipa już siedzi. Naprawdę ostro się wynudziłem przez tę godzinę. Każdy kolejny kawałek brzmiał tak samo. Ja byłem coraz bardziej wkurzony, a coraz więcej ludzi siedziało. Zero szału, jakiejkolwiek energii w tym koncercie. Zacząłem się już nawet szlajać po terenie koncertu w poszukiwaniu znajomych. Siedząc, a potem już nawet leżąc pięć metrów od sceny nie bałem się tylko tego, że ktoś za chwilę zemdleje z nudów i mnie przymiażdży. W pewnym momencie zaczął nawet skubać trawę z nudów. Pod koniec koncertu zauważyłem, że kółeczko wokół mnie to już niemal goła gleba. Najciekawszym aspektem tego występu była sytuacja, w której wokalista zaśpiewał "A wszystko to..." a za mną ktoś krzyknął "...bo Ciebie kocham!". Śmiechłem i wróciłem do spania. Kiedy zeszli ze sceny już się ucieszyłem. Niestety, panowie poczuli się na siłach i wyszli na bis. Załamany wznowiłem proces niszczenia tworu matki natury. Na szczęście bisowali tylko jeden kawałek. No, w końcu ostatecznie zeszli. Wtedy już z zacieszem na ryjku pobiegłem pod scenę i czekałem... trochę tam postaliśmy, ale w końcu zaczęli się to, na co czekaliśmy...
Lao Che weszło oczywiście ze słowami "W imieniu rządu Jedności Narodowej witam państwa". W tym momencie szał już był większy niż na poprzednim występie. Jak zwykle na wstępie zagrali "1939/Przed Burzą". Ryk tłumu był niesamowity, ale szybko przerodził się w dość zgrane śpiewanie z zespołem. Tłum już się rozkręcał, ale to jeszcze nic. Na kolejnym kawałku już znalazłem się w niemałym pogo, drąc się cały czas. Nie wiem jak Lao to robi, ale oni samą obecnością potrafią pobudzić ludzi do szaleństwa. Na każdym kolejnym kawałku było miejsce zarówno na skakanie i machanie kończynami, jak i na chwilę odpoczynku i śpiewanie. I chociaż szybko zdarłem sobie gardło, nie poddawałem się. To był mój czwarty koncert Lao Che, ale kolesie nadal mi się nie znudzili. Na żywca robią po prostu niesamowite show. Jak tylko się rozglądałem, ludzie szaleli i śpiewali, a chłopaki na scenie nie dawali nam szansy na długi odpoczynek. Świetne momenty były tez, gdy gitarzysta robił psychodeliczne wstawki i generalnie popisywał się umiejętnością tworzenia na bieżąco, bawiąc się przy tym przesterami. Kolejne kawałki grali z niesamowita energią, po prostu nie dało się nie skakać. Do tego nawet ze zdartym gardłem cały czas próbowałem śpiewać. Dali naprawdę niesamowity występ, nie mam żadnych zastrzeżeń poza kilkoma idiotami pod barierkami (stanąć na samym przedzie i narzekać na pchających się ludzi, nie no, nie wyrobię). Na koniec mi tez udało się dobić pod same barierki i z mieszanką dumy i smutku muszę powiedzieć, że tam szalałem najbardziej z całego tłumu. Po zejściu ze sceny nie dali długo się prosić o bis. Po zaledwie dwóch minutach głośnego skandowania wyszli z powrotem i zagrali jeszcze dwa kawałki. Wtedy, pomimo zmęczenia, ludzie znaleźli te resztki energii i wywalili je za jednym razem. Szał, skakanie i darcie ryja, tak to podsumuję.Generalnie powiem, że to zakończenie lata było godne. Bo choć Lipali bardzo zawiodło, to Lao Che zagrało niesamowicie i polecam każdemu, kto ich jeszcze nie widział wybrać na najbliższy koncert.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz