The 69 Eyes - "Back In Blood"
Historyjka ta zaczyna się bardzo szczęśliwie. Otóż ta płyta, pomimo śmiesznego tytułu okazała się naprawdę dobra. Zaskoczenie bardzo pozytywne, bo już na początku album przypadł mi do gustu, nie jest szczególnie skomplikowany ani żadne to "szukanie nowych dróg ku doskonałości". Jest to po prostu bardzo fajna płytka.
Zaczęło się oczywiście od wyśmiania kilku aspektów płyty. Już sam gatunek jest "ciekawy", ale poczekajcie do tytułów poszczególnych utworów: "The Good, The Bad & The Undead" czy "Dead Girls Are Easy" położyły mnie na glebę na kilka dobrych minut. OK, po otarciu łez śmiechu czas w końcu posłuchać muzyki. Włączam pierwszy kawałek... Po dwóch minutach przyłapuję się na machaniu głową w rytm i próbach podśpiewywania refrenu. Naprawdę wpada w ucho. Melodyjne, szybko wchodzi do głowy i słucha się naprawdę miło. Podobnie z drugim kawałkiem, i trzecim, i czwartym, i kolejnymi... Kiedy w połowie płyty zostałem brutalnie wezwany przez Rzeczywistość(To stamtąd przywożą mi pizzę) do sklepu, po drodze już nuciłem sobie "We Own The Night". Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony całością albumu. Są oczywiście zapychacze, ale są też naprawdę fajne kawałki. Album jest dość równy, nie ma niczego co by mnie szczególnie zniechęciło. Trafiła się i balladka, ale akurat ona nie jest zbyt udana.
Jeśli chodzi o poszczególne części zespołu, to jednak będę musiał się trochę czepiać. Gitarzyści bardzo ładnie podzielili się obowiązkami. Prowadząca jest bardzo melodyjna i naprawdę przyjemna, często zahaczająca o rock'n'rollowe brzmienia , zaś rytmiczna ciężka i doskonale spełniająca funkcję rytmiczną, co z kolei nadaję jest charakter hard rockowy. Pracę gitar oceniam więc bardzo dobrze, wszystko jest przemyślane i zgrane. Bas nie wyróżnia się niczym specjalnym, po prostu doskonale wykonuje to, co bas powinien. Perkusja również niezbyt skomplikowana, ale dzięki temu możemy lepiej wczuć się w gitary. No i jest jeszcze wokal. I tutaj mi zgrzyta. Koleś naprawdę nie ma złego głosu. Sęk w tym, że jest po prostu źle dopasowany. Najczęściej próbuje śpiewać jak wokalista rockowy, ale nie do tego ma głos. Jak dla mnie trochę nazbyt kojarzy się z klimatami Moonspella czy Amorphis. Nadawałby się do muzyki cięższej, a tutaj radzi sobie nie najgorzej, ale mogłoby być lepiej.
Na zakończenie mogę po prostu polecić ten album. Naprawdę warto go przesłuchać, bo można w nim znaleźć sporo fajnych kawałków, których pewnie będzie się słuchać jeszcze długo po poznaniu tej płyty.
Historyjka ta zaczyna się bardzo szczęśliwie. Otóż ta płyta, pomimo śmiesznego tytułu okazała się naprawdę dobra. Zaskoczenie bardzo pozytywne, bo już na początku album przypadł mi do gustu, nie jest szczególnie skomplikowany ani żadne to "szukanie nowych dróg ku doskonałości". Jest to po prostu bardzo fajna płytka.Zaczęło się oczywiście od wyśmiania kilku aspektów płyty. Już sam gatunek jest "ciekawy", ale poczekajcie do tytułów poszczególnych utworów: "The Good, The Bad & The Undead" czy "Dead Girls Are Easy" położyły mnie na glebę na kilka dobrych minut. OK, po otarciu łez śmiechu czas w końcu posłuchać muzyki. Włączam pierwszy kawałek... Po dwóch minutach przyłapuję się na machaniu głową w rytm i próbach podśpiewywania refrenu. Naprawdę wpada w ucho. Melodyjne, szybko wchodzi do głowy i słucha się naprawdę miło. Podobnie z drugim kawałkiem, i trzecim, i czwartym, i kolejnymi... Kiedy w połowie płyty zostałem brutalnie wezwany przez Rzeczywistość(To stamtąd przywożą mi pizzę) do sklepu, po drodze już nuciłem sobie "We Own The Night". Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony całością albumu. Są oczywiście zapychacze, ale są też naprawdę fajne kawałki. Album jest dość równy, nie ma niczego co by mnie szczególnie zniechęciło. Trafiła się i balladka, ale akurat ona nie jest zbyt udana.
Jeśli chodzi o poszczególne części zespołu, to jednak będę musiał się trochę czepiać. Gitarzyści bardzo ładnie podzielili się obowiązkami. Prowadząca jest bardzo melodyjna i naprawdę przyjemna, często zahaczająca o rock'n'rollowe brzmienia , zaś rytmiczna ciężka i doskonale spełniająca funkcję rytmiczną, co z kolei nadaję jest charakter hard rockowy. Pracę gitar oceniam więc bardzo dobrze, wszystko jest przemyślane i zgrane. Bas nie wyróżnia się niczym specjalnym, po prostu doskonale wykonuje to, co bas powinien. Perkusja również niezbyt skomplikowana, ale dzięki temu możemy lepiej wczuć się w gitary. No i jest jeszcze wokal. I tutaj mi zgrzyta. Koleś naprawdę nie ma złego głosu. Sęk w tym, że jest po prostu źle dopasowany. Najczęściej próbuje śpiewać jak wokalista rockowy, ale nie do tego ma głos. Jak dla mnie trochę nazbyt kojarzy się z klimatami Moonspella czy Amorphis. Nadawałby się do muzyki cięższej, a tutaj radzi sobie nie najgorzej, ale mogłoby być lepiej.
Na zakończenie mogę po prostu polecić ten album. Naprawdę warto go przesłuchać, bo można w nim znaleźć sporo fajnych kawałków, których pewnie będzie się słuchać jeszcze długo po poznaniu tej płyty.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz