poniedziałek, 25 stycznia 2010

Psycho-normalni

Wiele, wiele już razy słyszeliśmy solowe projekty muzyków, których kompozycje odrywają się dość mocno od tych, które grają w zespole. Takie odmiany są wielu muzykom po prostu potrzebne, a projekty często wypadają bardzo dobrze. Ostatnio najsłynniejsze takie przypadki to oczywiście Serj Tankian, w Polsce mamy Black River czy Titus' Tommy Gun, ale nie zapominamy też o dokonaniach solowych muzyków Pink Floyd czy U2. A teraz, Polacy mogą się pochwalić kolejnym wykonawcą, który postanowił pokazać własną twórczość, nieskrępowaną przez ramy zespołu. Tym oto projektem jest...

Spięty - "Antyszanty"

Zapewne sporo osób kojarzy bardzo dobry i popularny ostatnio zespół Lao Che. Ich szeroko pojęta muzyka rockowa w połączeniu z nietypowymi tematami, jak Powstanie Warszawskie czy dawna literatura polska podbiły serca fanów w całej Polsce. Oto Hubert Dobaczewski, znany jako Spięty, wokalista, gitarzysta i tekściarz Lao Che opublikował własną twórczość. To, co przedstawił na swoim solowym albumie łamie wszelkie normy i wykracza daleko poza pojęcie "zdrowego" umysłu, idącego po wyznaczonej linii.
Już po pierwszych minutach wiadomo, że jest to płyta postawiona na teksty. Muzyka jest absolutnym tłem. Mało skomplikowane rytmy gitarowe, często akustyczne, bardzo dużo syntezatorów i niewielkie partie innych instrumentów dają jedynie prosty cień tego albumu. Tu nie ma energii, potężnych uderzeń czy skomplikowanych kompozycji. Jeśli takie właśnie było założenie autora, to udało mu się to doskonale. Esencją płyty jest wokal i niesamowita liryka. Symbolika i zawiłość tekstów, czasem pozornie prosta jak drut, ukrywa w sobie drugie, trzecie, czwarte i czterysta osiemdziesiąte szóste dno. Natrafiłem tutaj na coś, czego opisanie jest bardzo dużym wyzwaniem i prawie na pewno nie podołam temu zadaniu. Jak można opisać coś, czego przesłaniem ma być niejednoznaczność? Spięty pozostawia słuchacza sam na sam z gigantyczną możliwością dowolnego interpretowania twórczości. Oczywiście brak sztywnych regułek, nikt nas nie ocenia i módlmy się, by jeden z tekstów Dobaczewskiego nie pojawił się na maturze pod bezlitosnym słowem "zinterpretuj"... Tutaj nie ma klucza. Ile znaczeń i historii może się kryć pod utworem mówiącym pozornie o grze w statki? Co można powiedzieć o satyrycznym wyśmianiu szant o powracających do portu marynarzach? Opisanie takich utworów jak "Morże" czy "Łódź Wariatów" jest po prostu niemożliwe, ze względu na niesamowitą grę słów i zabawę wieloznacznymi zwrotami. Ćwiczenie dla najwytrwalszych humanów? Ok, zinterpretuj zwrot "Może by tak odebrać sobie samobójstwo?". Chcesz więcej? "Może i stuknięty był ale motor igła zdrowy. Może czasem warto mieć ambicję coby być chujowym?". To jest naprawdę maleńka próbka całego albumu.
To jest twórczość, której opisanie jest praktycznie niemożliwe. Zrobię to najlepiej jak potrafię po prostu polecając płytę każdemu, kto tylko się na nią natknie. Słucham jej od ponad dwóch miesięcy i wciąż nie mogę się oderwać, bo z prawie każdym przesłuchaniem dochodzę do nowych wniosków, odkrywam coś innego i potrafię usiąść i przesłuchać ją kilka razy pod rząd. Oto dowód, że Polacy wciąż mają ambicje na tworzenie porządnej, niekomercyjnej muzyki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz