Wszystko wygląda pięknie. Cztery zespoły, paczka znajomych i zdzieranie gardła i mniej pancernych części ciała. Ostatni koncert na trasie, więc wszyscy mają nadzieję, że panowie zawstydzą TurboDymoMena i dadzą z siebie 200% czadu. A jak było, posłuchajcie...
Już od paru lat biegam po koncertach, ale takiego widowiska jak koncert Black River na niewielkiej salce nie widziałem. Oczywiście, gigantyczne wydarzenia na kilkadziesiąt tysięcy ludzi to inna sprawa, ale ja mówię o tych paru metrach kwadratowych. Już drugi raz obserwowałem tę kapelę na żywo i skomentuję to jednoznacznie: Więcej! Choć ostatnio płyta była lekkim zawodem(wciąż uważam że debiut był lepszy), to koncert był po prostu boski. Muszę też przyznać, że na żywo utwory z "Black'n'rolla" brzmią znacznie lepiej. Od samego początku ich występu skakałem, machałem łapami i darłem się na całe gardło. Ponownie wyrażam zachwyt na samym składem grupy. Taff na wokalu to istne tornado sceniczne. Dłużej niż dziesięć sekund w miejscu nie ustał, co chwilę podstawiał mikrofon publiczności(Ha! Znowu dorwałem się na kilka sekund do mikrofonu, tym razem na "Jumping Queeny Flash"), przybijał piątki(Złapałem dwie, lans, lans), podrywał publiczność do klaskania, śpiewania, pokrzykiwania i robił wszystko, żeby żaden człowiek na sali nie stał bezczynnie w miejscu. Bardzo podobnie można powiedzieć o reszcie zespołu. Kay, Art i Orion skakali nie mało, nieraz podbiegali do mikrofonu i widać było, że świetnie się bawili. O to przecież chodzi w koncertach, nie? Publiczność ma się bawić z zespołem. Black River wyszło to niesamowicie. Z niecierpliwością wypatruję kolejnego koncertu. Jedno co mnie wręcz wkurzyło to czas. Panowie jako pierwszy support dostali niecałą godzinę, co zdecydowanie nie zadowoliło ludzi na sali. Skandowaliśmy o bis aż do momentu, gdy techniczni kolejnego zespołu zaczęli rozstawiać sprzęt...

Nie oszukujmy się: Drzeć ryja dla Szatana tez trzeba umieć. Hermh nie umie. Z sali wyszliśmy sporą grupką już po dwóch minutach, a nie było to łatwe, gdyż ludzie opuszczali miejsca pod sceną niczym szczury tonący statek. Już na wstępie wyśmiałem zespół bezlitośnie. Dlaczego? A co Wy byście zrobili, gdybyście usłyszeli przed koncertem sączący się z głośników Mhroczny szept "Aveee... Satanassss..." I tego typu. Ja się szczerze uśmiałem. Na szczęście w klubie znaleźliśmy takie fajne miękkie foteliki i na nich przesiedzieliśmy występ. Serio, po Black River byłem po prostu zdegustowany. TO dostało więcej czasu od tak świetnej kapeli? Coś mi tu nie grało. Kiczowate ociekanie mrokiem i taka ilość mroku wyciekająca ze sceny, że nie człowiek nosa nie widzi. Może i niektórym się to podoba, ale dla mnie to po prostu absolutna porażka, żadnej wartości artystycznej i zero przyjemności. Dziękuję.

Dłuższa przerwa, po której następuje muzyka mniej bogata w Szatana za to nieco bardziej zróżnicowana i trochę lepsza. Oto znak, ze na scenę wchodzi Azarath. Nie pchaliśmy się nawet pod scenę, chwilę pokręciliśmy się na balkonach i z powrotem na foteliki. Nieco lepiej niż w przypadku Hermha, znacznie mniej kiczu, ale nadal nie mogłem się przy tym bawić. Wybaczcie sformułowanie, ale za dużo napierdalania jak dla mnie. Nie mogę powiedzieć że muzyka zła, ale po prostu do mnie nie przemawia. To się da łatwo obejść po prostu ignorując dochodzące z sali dźwięki i dalej siedzieć na mięciutkich siedzonkach i miło spędzać czas z przyjaciółmi. Ale uwaga, uwaga... po dłuższym czasie zapada cisza, a ludzie zaczynają z powrotem napływać pod scenę... Czas w końcu iść na nimi...

Prawda jest taka, że im dłużej człowiek czeka, tym bardziej jest wkurzony. a Behemoth kazał nam czekać baaardzo długo. Sala pełna, z balkonów ludzie prawie wypadają, a zespołu nie ma, i nie ma, i nie ma... Po dłuższym czasie w końcu ilość dymu się wzmaga, z głośników coraz głośniej leci psychodeliczna muzyka. I nagle na scenę wychodzą cztery postacie. Chwila mroku po czym... paniczna śmiechawka. To było po prostu zbyt Tró. Gdyby chociaż zaczęli grać, wyszłoby to fajnie. Ale kiedy stali tak pięć minut, z tymi dumnymi pozami, ociekający czarno-białym makijażem i generalnie Szatan taki, że się w galaktyce nie mieści. Jeszcze Ci ludzie wokół, z minami Marki "Czcij Mrocznego Pana albo giń w mękach piekielnych" nr 5. Ja naprawdę nigdy nie byłem przeciwko tego typu mentalności, ale w pewnych sytuacjach mnie ona po prostu śmieszy. Kiedy w końcu przypomnieli sobie, że mają jeszcze dzisiaj zagrać koncert, nieco się wszystko ruszyło. Oczywiście tłum idiotów zaraz zaczął "pogo", dla nich polegające na napiedzielaniu kogokolwiek czymkolwiek. No ale miało być o muzyce. Jeśli chodzi o Behemotha, zbytnio ich nie słucham, ale twórczość znam i szanuję. Natomiast na koncercie nie brzmiało to najlepiej. Pierwszy kawałek stałem dość obojętnie, drugi natomiast nieco mnie już porwał(choć nie znałem tytułu, a to dość dobrze świadczy o zespole). Potem kilka zróżnicowanych utworów, jedne lepsze, drugie gorsze, i znowu zdecydowaliśmy się opuścić salę. Przy "Conquer All" kusi mnie żeby wrócić i poskakać, ale się powstrzymałem. Ich występ raczej mnie zawiódł, po tylu opowieściach spodziewałem się nieco więcej.
Generalnie rzecz biorąc całość dzielę na trzy działy: Black River(esencja zajebistości), Spotkanie z przyjaciółmi(esencja zajebistości Mk II) i reszta koncertu(...). Czy jestem bardziej niż zadowolony że poszedłem, średnia wypada całkiem nieźle. Na samego Behemotha już się raczej nie wybiorę, ale Black River muszę zobaczyć koniecznie.

Nie oszukujmy się: Drzeć ryja dla Szatana tez trzeba umieć. Hermh nie umie. Z sali wyszliśmy sporą grupką już po dwóch minutach, a nie było to łatwe, gdyż ludzie opuszczali miejsca pod sceną niczym szczury tonący statek. Już na wstępie wyśmiałem zespół bezlitośnie. Dlaczego? A co Wy byście zrobili, gdybyście usłyszeli przed koncertem sączący się z głośników Mhroczny szept "Aveee... Satanassss..." I tego typu. Ja się szczerze uśmiałem. Na szczęście w klubie znaleźliśmy takie fajne miękkie foteliki i na nich przesiedzieliśmy występ. Serio, po Black River byłem po prostu zdegustowany. TO dostało więcej czasu od tak świetnej kapeli? Coś mi tu nie grało. Kiczowate ociekanie mrokiem i taka ilość mroku wyciekająca ze sceny, że nie człowiek nosa nie widzi. Może i niektórym się to podoba, ale dla mnie to po prostu absolutna porażka, żadnej wartości artystycznej i zero przyjemności. Dziękuję.

Dłuższa przerwa, po której następuje muzyka mniej bogata w Szatana za to nieco bardziej zróżnicowana i trochę lepsza. Oto znak, ze na scenę wchodzi Azarath. Nie pchaliśmy się nawet pod scenę, chwilę pokręciliśmy się na balkonach i z powrotem na foteliki. Nieco lepiej niż w przypadku Hermha, znacznie mniej kiczu, ale nadal nie mogłem się przy tym bawić. Wybaczcie sformułowanie, ale za dużo napierdalania jak dla mnie. Nie mogę powiedzieć że muzyka zła, ale po prostu do mnie nie przemawia. To się da łatwo obejść po prostu ignorując dochodzące z sali dźwięki i dalej siedzieć na mięciutkich siedzonkach i miło spędzać czas z przyjaciółmi. Ale uwaga, uwaga... po dłuższym czasie zapada cisza, a ludzie zaczynają z powrotem napływać pod scenę... Czas w końcu iść na nimi...

Prawda jest taka, że im dłużej człowiek czeka, tym bardziej jest wkurzony. a Behemoth kazał nam czekać baaardzo długo. Sala pełna, z balkonów ludzie prawie wypadają, a zespołu nie ma, i nie ma, i nie ma... Po dłuższym czasie w końcu ilość dymu się wzmaga, z głośników coraz głośniej leci psychodeliczna muzyka. I nagle na scenę wychodzą cztery postacie. Chwila mroku po czym... paniczna śmiechawka. To było po prostu zbyt Tró. Gdyby chociaż zaczęli grać, wyszłoby to fajnie. Ale kiedy stali tak pięć minut, z tymi dumnymi pozami, ociekający czarno-białym makijażem i generalnie Szatan taki, że się w galaktyce nie mieści. Jeszcze Ci ludzie wokół, z minami Marki "Czcij Mrocznego Pana albo giń w mękach piekielnych" nr 5. Ja naprawdę nigdy nie byłem przeciwko tego typu mentalności, ale w pewnych sytuacjach mnie ona po prostu śmieszy. Kiedy w końcu przypomnieli sobie, że mają jeszcze dzisiaj zagrać koncert, nieco się wszystko ruszyło. Oczywiście tłum idiotów zaraz zaczął "pogo", dla nich polegające na napiedzielaniu kogokolwiek czymkolwiek. No ale miało być o muzyce. Jeśli chodzi o Behemotha, zbytnio ich nie słucham, ale twórczość znam i szanuję. Natomiast na koncercie nie brzmiało to najlepiej. Pierwszy kawałek stałem dość obojętnie, drugi natomiast nieco mnie już porwał(choć nie znałem tytułu, a to dość dobrze świadczy o zespole). Potem kilka zróżnicowanych utworów, jedne lepsze, drugie gorsze, i znowu zdecydowaliśmy się opuścić salę. Przy "Conquer All" kusi mnie żeby wrócić i poskakać, ale się powstrzymałem. Ich występ raczej mnie zawiódł, po tylu opowieściach spodziewałem się nieco więcej.
Generalnie rzecz biorąc całość dzielę na trzy działy: Black River(esencja zajebistości), Spotkanie z przyjaciółmi(esencja zajebistości Mk II) i reszta koncertu(...). Czy jestem bardziej niż zadowolony że poszedłem, średnia wypada całkiem nieźle. Na samego Behemotha już się raczej nie wybiorę, ale Black River muszę zobaczyć koniecznie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz