Godzina 10:00. Chłopak w glanach, spodniach moro, pomarańczowej koszulce i czarnej chuście na włosach pojawia się w drzwiach wejściowych do olbrzymiej sali zastawionej stołami. Zostaje przywitany okrzykiem "Witamy naszego pierwszego uczestnika!" i serdecznymi brawami.
Godzina 10:40. Zabrakło stołów. Przyślijcie wsparcie...
Na dwa dni, 3 i 4 października, olbrzymia sala w środku Gdyni zmieniła się w gigantyczną gralnię gier planszowych. Była to pierwsza edycja festiwalu "Gramy!", która ma się odbywać cyklicznie dwa razy w roku. Sukces przedsięwzięcia przekroczył najśmielsze oczekiwania organizatorów. Podobno przyszło trzy razy więcej osób niż było to zakładane. Było to widać już o godzinie 11, kiedy przyniesiono dodatkowe stoły, a pół godziny później pozwolono rozkładać gry na podłodze.
Ten widok był po prostu piękny. Setki fanów gier planszowych, od najmłodszych graczy prostych gier, poprzez wyjadaczy strategicznych po starszych ludzi mających przyjemność z poznania czegoś poza Monopoly i Chińczykiem. Nie było mowy o nudzie. Na uczestników czekało ponad 200 gier w całkowicie darmowej wypożyczalni. Jeśli ktoś nie znał zasad, wystarczyło poprosić kogoś z obsługi. Nie masz partnerów do grania? Wystarczyło przejść się po sali i zaczepiać losowych ludzi z pytaniem "Grasz w Jungle Speeda?" i po 10 minutach siedziałeś obok sześciu osób grając w najlepsze. Tam nie było mowy o krępacji czy czymś takim. Zauważyłem stolik, przy którym siedzą trzy osoby i grają w Carcassonne. Spytałem czy mogę się dosiąść. "Jasne, siadaj! Znasz zasady? Nie? No to słuchaj. Na początek..." I tak dalej.
Poznałem wielu świetnych ludzi, grałem w wiele niesamowitych gier, brałem udział w turniejach. Po prostu wymarzony dzień. Wszedłem o 10, wyszedłem o 22. Nie mogłem się stamtąd wyrwać. Calutki dzień podczas którego myślisz jedynie, czy opłaca Ci się już teraz wystawić Strzelca, czy poczekać na rozwój wydarzeń. Oczywiście organizatorzy zadbali o to, bym nie miał za dużo czasu na swobodne przemierzanie terenu imprezy. Strefę turniejową odwiedzałem co chwilę. Już o dwunastej odbył się turniej gier live-action, w których liczy się szybkie myślenie i zręczne dłonie. Jungle Speed, Palce w Pralce, Hands Up! i kilka innych, 15 uczestników i zabawa gwarantowana. Oczywiście dla najlepszych były nagrody, ale jakoś nie zauważyłem, żeby komuś specjalnie na nich zależało, chodziło o ten świetnie spędzony czas. Musze pochwalić organizatorów za inicjatywę stworzenia kącika gier dla dzieci, a nawet turniej dla nich. Dzięki temu ktoś, kto przyszedł z małym dzieckiem mógł spokojnie grać na głównej sali i wiedzieć, że jego dziecko też świetnie się bawi. Spotkałem kilka osób, które specjalnie przyjechały tu na turniej Ticket To Ride (które był też eliminacjami do mistrzostw Europy na poziomie wojewódzkim), a swoje dziecko zostawiły właśnie w tym kąciku. Około godziny piętnastej nawet na podłodze zabrakło miejsca do gry. Po prostu nie mogłem uwierzyć oczom. W końcu w Trójmieście coś się ruszyło w tym klimacie, i jak widać sporo osób podchwyciło. To było widać na pierwszy rzut oka, choćby w zachowaniu uczestników. Każdy mógł grac z każdym, nie było żadnego podziału. Osobiście z wielką chęcią wytłumaczyłem pewnej grupce zasady Neuroshimy Hex i pokierowałem ich pierwszą bitwą. To był0 świetne uczucie. Podczas imprezy odbywały sił również pokazy najnowszych gier dopiero wchodzących na nasz rynek, niestety nie miałem okazji zobaczyć żadnego z nich. Za to o godzinie siedemnastej, dnia pierwszego, zaczęło się coś, na co czekałem najbardziej. Turniej Neuroshimy Hex! Dwudziestu czterech graczy(z czego niektórzy byli naprawdę niezłymi wyjadaczami) stanęło(usiadło?) na przeciwko sobie kierując czterema armiami post-apokaliptycznego świata. Uwaga! W tym momencie muszę zrelacjonować dokładniej ten turniej, gdyż brałem w nim udział i jestem strasznym Neuroshimowym nerdem. Osoby o mniejszej cierpliwości prosimy pominąć ten akapit.
Pierwsza runda została przeprowadzona w systemie czwórkowym. cztery osoby na planszę, dwie rozgrywki po 20 minut, losowanie sztabów. Do następnej rundy przechodzi ten, kto po dwóch rundach będzie miał łącznie najwięcej punktów życia sztabu. W pierwszej turze wylosowałem Hegemonię. Kiepski początek, do tego jedynym w miarę dobrym ustawieniem na mapie był sam środek. Przez 20 minut mając niesamowitego pecha w żetonach zbierałem obrażenia od pozostałych graczy. Runda zakończyła się wynikiem 17/15/13/11, przy czym mój wynik plasował się na szarym końcu. Miałem jednak niesamowite szczęście w drugiej turze. Wylosowałem Molocha, a i w żetonach się poszczęściło. W pierwszej bitwie zebrałem tylko jeden punkt obrażeń i tak tez pozostało do końca walki. Zabunkrowałem się i czekałem, aż gracze zapomną o mojej obecności. Przypomnieli sobie za późno. wynik: 19/15/9/8. Tak więc udało mi się zebrać 30 punktów, co stało się niewielką przewagą i przeszedłem do kolejnej rundy. Tym razem 8 osób, cztery plansze i na każdym mecz 2 na 2. Znowu natrafiłem na Hegemonię, mój przeciwnik Borgo. Dalej, umówmy się, miałem niesamowitego farta w żetonach. Po niecałych 10 minutach zakończyłem mecz wynikiem 16:0. Została nas czwórka. Czas na finał. Niestety, po drodze czas imprezy się skończył i musieliśmy się przenieść do restauracji Eureka, gdzie odbył się finał. Finał, do którego udało mi się dostać. Tam odbyły się cztery mecze. W pierwszym walczyłem jako Posterunek przeciw Molochowi. Po zaciętej walce przegrałem 12:13. W drugiem miałem podobnego pecha. Hegemonia kontra Moloch, tym razem 10:11. Tym oto sposobem Turniej Neuroshimy Hex zakończyłem na czwartym miejscu, z czego jestem niesamowicie dumny.
Impreza była po prostu niesamowita. Ciężko to streścić w tych kilku akapitach, to trzeba przeżyc samemu. Jedyne co mogę powiedzieć, to zachęcić każdego do udziału.
Ten widok był po prostu piękny. Setki fanów gier planszowych, od najmłodszych graczy prostych gier, poprzez wyjadaczy strategicznych po starszych ludzi mających przyjemność z poznania czegoś poza Monopoly i Chińczykiem. Nie było mowy o nudzie. Na uczestników czekało ponad 200 gier w całkowicie darmowej wypożyczalni. Jeśli ktoś nie znał zasad, wystarczyło poprosić kogoś z obsługi. Nie masz partnerów do grania? Wystarczyło przejść się po sali i zaczepiać losowych ludzi z pytaniem "Grasz w Jungle Speeda?" i po 10 minutach siedziałeś obok sześciu osób grając w najlepsze. Tam nie było mowy o krępacji czy czymś takim. Zauważyłem stolik, przy którym siedzą trzy osoby i grają w Carcassonne. Spytałem czy mogę się dosiąść. "Jasne, siadaj! Znasz zasady? Nie? No to słuchaj. Na początek..." I tak dalej.
Poznałem wielu świetnych ludzi, grałem w wiele niesamowitych gier, brałem udział w turniejach. Po prostu wymarzony dzień. Wszedłem o 10, wyszedłem o 22. Nie mogłem się stamtąd wyrwać. Calutki dzień podczas którego myślisz jedynie, czy opłaca Ci się już teraz wystawić Strzelca, czy poczekać na rozwój wydarzeń. Oczywiście organizatorzy zadbali o to, bym nie miał za dużo czasu na swobodne przemierzanie terenu imprezy. Strefę turniejową odwiedzałem co chwilę. Już o dwunastej odbył się turniej gier live-action, w których liczy się szybkie myślenie i zręczne dłonie. Jungle Speed, Palce w Pralce, Hands Up! i kilka innych, 15 uczestników i zabawa gwarantowana. Oczywiście dla najlepszych były nagrody, ale jakoś nie zauważyłem, żeby komuś specjalnie na nich zależało, chodziło o ten świetnie spędzony czas. Musze pochwalić organizatorów za inicjatywę stworzenia kącika gier dla dzieci, a nawet turniej dla nich. Dzięki temu ktoś, kto przyszedł z małym dzieckiem mógł spokojnie grać na głównej sali i wiedzieć, że jego dziecko też świetnie się bawi. Spotkałem kilka osób, które specjalnie przyjechały tu na turniej Ticket To Ride (które był też eliminacjami do mistrzostw Europy na poziomie wojewódzkim), a swoje dziecko zostawiły właśnie w tym kąciku. Około godziny piętnastej nawet na podłodze zabrakło miejsca do gry. Po prostu nie mogłem uwierzyć oczom. W końcu w Trójmieście coś się ruszyło w tym klimacie, i jak widać sporo osób podchwyciło. To było widać na pierwszy rzut oka, choćby w zachowaniu uczestników. Każdy mógł grac z każdym, nie było żadnego podziału. Osobiście z wielką chęcią wytłumaczyłem pewnej grupce zasady Neuroshimy Hex i pokierowałem ich pierwszą bitwą. To był0 świetne uczucie. Podczas imprezy odbywały sił również pokazy najnowszych gier dopiero wchodzących na nasz rynek, niestety nie miałem okazji zobaczyć żadnego z nich. Za to o godzinie siedemnastej, dnia pierwszego, zaczęło się coś, na co czekałem najbardziej. Turniej Neuroshimy Hex! Dwudziestu czterech graczy(z czego niektórzy byli naprawdę niezłymi wyjadaczami) stanęło(usiadło?) na przeciwko sobie kierując czterema armiami post-apokaliptycznego świata. Uwaga! W tym momencie muszę zrelacjonować dokładniej ten turniej, gdyż brałem w nim udział i jestem strasznym Neuroshimowym nerdem. Osoby o mniejszej cierpliwości prosimy pominąć ten akapit.Impreza była po prostu niesamowita. Ciężko to streścić w tych kilku akapitach, to trzeba przeżyc samemu. Jedyne co mogę powiedzieć, to zachęcić każdego do udziału.

Uau! Że też chce Ci się to pisać, kiedy nawet nikt nie komentuję... Wygląda na to, ze impreza była naprawdę świetna! Ja dopiero zaczęłam grać, ostatnio w piątek był ten pierwszy raz... Znalzałam sobie kumpla, którgo męczyłam tak długo, aż zgodził się mnie uczyć. Biedny chłopak :P
OdpowiedzUsuńW Twoim tekście widać ogromną pasję i radość. Oby jak najwięcej takich fajnych wydarzeń, fajnie opisanych, bo to aż podnosi na duchu :D!