Rammstein - "Liebe Ist Fur Alle Da"


Panowie z Rammstein całkiem niedawno "zaszczycili" nas swoim nowym singlem, "Pussy" i teledyskiem do niego. Powiem szczerze, że kiepskiego kawałka nie zamaskuje się kontrowersyjnym obrazem. Utwór mnie zawiódł, śpiewany w połowie po angielsku, a wideo mogę określić jednym słowem: pornol. Zbytnie inspiracje stronami pornograficznymi nie przyniosą muzykom sławy, zdecydowanie. Dlatego też czekałem na album z mniejszą dawką entuzjazmu niż zazwyczaj.
Za przesłuchanie całości zabrałem się jednak dość chętnie, patrząc na poprzednie porażki innych płyt. Pierwszy kawałek jest typowym przedstawicielem "Rammstein Song". Czyli ostrze nawalanie, charkotliwy głos Tilla Lindemana no i oczywiście donośne: "RAMMSTEIN!". W sumie nawet miły powrót do starych czasów przed-balladkowych. Szkoda mi jednak, że zespół wciąż odmawia powrotu do swoich pierwszy dokonań, czyli znacznie więcej elektroniki niż klasycznego grania. Bardzo szybko słyszymy zwiększoną rolę klawiszowca. Robi tutaj naprawdę sporo, zwłaszcza w porównaniu do ostatniego albumu, "Rosenrot", który był po prostu nieudanym eksperymentem. Na najnowszym albumie dostajemy znacznie więcej surowego grania, bardzo podobnego do środkowych okresów twórczości Niemców. Dużo mocno przesterowanych gitar, ostra perkusja i bas, którego jak zwykle nie słychać. Ta plyta jest naprawdę bardzo dobra. Ma natomiast niesamowita wadę: to już było. Nie słyszymy nic nowego. Przypomina mi to nieco podsumowanie dokonań zespołu. Mocne, miażdżące brzmieniem kawałki, ze dwie(niestety) jękliwe balladki, no i bardzo nieudany eksperyment z językiem angielskim. Dla mnie największym problemem jeśli chodzi o Rammsteina jest niestety język. Wyjątkowo, w tym jedynym przypadku nie przeszkadza mi, że jest to niemiecki. Sęk w tym, ze nie umiem wyczaić konceptu tej płyty. Trochę rozumiem, i z tego co do tej pory udało mi się odnaleźć, to jeden dość prosty temat: seks. Kapela ta zawsze słynęła ze skandali i kontrowersyjnych zachowań. Ja osobiście nie daję się napędzać na te pułapki marketingowe. Tutaj naprawdę mi smutno w związku z tym językiem, gdyż może, między wierszami Lindemann zawarł jakieś mądrości i przekaz. Póki co mogę się opierać tylko i wyłącznie na tym, co rozumiem, no i oczywiście co zespół już nam pokazał na teledysku. To niestety wali po oczach brakiem ambicji i chęcią pokazania się za pomocą skandalu.
Generalnie rzecz biorąc płyta jest dobra, a nawet bardzo. Starzy fani Rammsteina powinni być zadowoleni. Tym, którzy jeszcze nie znają kapeli mogę polecić, choć na pewno nie tak jak wcześniejsze dokonania grupy. Warto posłuchać.
Za przesłuchanie całości zabrałem się jednak dość chętnie, patrząc na poprzednie porażki innych płyt. Pierwszy kawałek jest typowym przedstawicielem "Rammstein Song". Czyli ostrze nawalanie, charkotliwy głos Tilla Lindemana no i oczywiście donośne: "RAMMSTEIN!". W sumie nawet miły powrót do starych czasów przed-balladkowych. Szkoda mi jednak, że zespół wciąż odmawia powrotu do swoich pierwszy dokonań, czyli znacznie więcej elektroniki niż klasycznego grania. Bardzo szybko słyszymy zwiększoną rolę klawiszowca. Robi tutaj naprawdę sporo, zwłaszcza w porównaniu do ostatniego albumu, "Rosenrot", który był po prostu nieudanym eksperymentem. Na najnowszym albumie dostajemy znacznie więcej surowego grania, bardzo podobnego do środkowych okresów twórczości Niemców. Dużo mocno przesterowanych gitar, ostra perkusja i bas, którego jak zwykle nie słychać. Ta plyta jest naprawdę bardzo dobra. Ma natomiast niesamowita wadę: to już było. Nie słyszymy nic nowego. Przypomina mi to nieco podsumowanie dokonań zespołu. Mocne, miażdżące brzmieniem kawałki, ze dwie(niestety) jękliwe balladki, no i bardzo nieudany eksperyment z językiem angielskim. Dla mnie największym problemem jeśli chodzi o Rammsteina jest niestety język. Wyjątkowo, w tym jedynym przypadku nie przeszkadza mi, że jest to niemiecki. Sęk w tym, ze nie umiem wyczaić konceptu tej płyty. Trochę rozumiem, i z tego co do tej pory udało mi się odnaleźć, to jeden dość prosty temat: seks. Kapela ta zawsze słynęła ze skandali i kontrowersyjnych zachowań. Ja osobiście nie daję się napędzać na te pułapki marketingowe. Tutaj naprawdę mi smutno w związku z tym językiem, gdyż może, między wierszami Lindemann zawarł jakieś mądrości i przekaz. Póki co mogę się opierać tylko i wyłącznie na tym, co rozumiem, no i oczywiście co zespół już nam pokazał na teledysku. To niestety wali po oczach brakiem ambicji i chęcią pokazania się za pomocą skandalu.
Generalnie rzecz biorąc płyta jest dobra, a nawet bardzo. Starzy fani Rammsteina powinni być zadowoleni. Tym, którzy jeszcze nie znają kapeli mogę polecić, choć na pewno nie tak jak wcześniejsze dokonania grupy. Warto posłuchać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz