niedziela, 1 listopada 2009

Cieni świat

Sam nie wiem czemu, zawsze jakoś miałem słabość do kapel, które dodawały sobie przedrostek "prog" do deklarowanego nurtu muzycznego. Nie żebym jakoś szczególnie siedział w progresji, a zwłaszcza w jej zdumiewającej ilości nazw(pamiętajcie, neo-prog i post-prog to zupełnie różne rzeczy i te sprawy). Ale zauważyłem ostatnio że coraz więcej zespołów w mojej kolekcji jest określane jako szeroko pojęta muzyka progresywna. Ej no, trudno się mówi, i tak nie lubię szufladkowania zespołów dalej niż nurtami. W każdym razie kolejna "progowa" płytka wpadła mi w łapy. Czuję się więc zobowiązany przedstawić Wam...

Knight Area - "Realm Of Shadows"

Czytam nazwę zespołu i płyty, patrzę na okładkę, myślę sobie, że mnie zaraz jakiś mrok do potęgi szatana obskoczy. A tu niespodzianka! Na początek wesołe dźwięki syntezatorów i miła gitarka. Najpierw siedziałem nieco zdziwiony, ale co tu gadać, szybko mi się spodobało.
Pierwsze co mi wpadło w ucho, to sporo instrumentalki. Naprawdę większa część albumu opiera się na przemiennych solówkach gitary i syntezatora. Powiem, że pomysł wcale nie gorszy, spodobała mi się ta koncepcja. Jest przyjemna i stanowi bardzo dobrą muzykę tła. Szczególnie super-kawałków tutaj nie ma, nawet nie wiem czy coś z tego będę miał na mp3, ale to wcale nie mówi źle o płycie. Jest to jasny koncept, wszystko ma całość i rozdzielanie tego obniżyło by znacznie walory całości. No, może tytułowy kawałek można posłuchać osobno. Ale reszta jakoś traci wątek nawet przy pomieszaniu utworów. Jak już tego słuchać, to w całości, ot moja rada. Jeśli chodzi o konstrukcję pojedynczych fragmentów, są tu jakby dwa pomysły. Dłuższe kawałki wypełnione spokojnym wokalem, chórkami i rytmiką. te jednak niestety dość szybko się nudzą i za trzecim razem człowiekowi już nie chce się tego ruszać. Drugi koncept to szybsze utwory. Właśnie tam syntezator świetnie miesza się z gitarą w naprzemiennych solówkach. ciekawi mnie, że te kawałki są bardzo krótkie, mają po dwie minuty, podczas gdy reszta ma sześć lub siedem. Szkoda, bo ten pomysł mógłby być rozwinięty ze znaczną korzyścią dla muzyki zespołu. Muszę oczywiście pochwalić pracę basisty, który poza graniem rytmicznym świetnie potrafi się nieznacznie wybić, tak że jeśli ktoś chce go usłyszeć, na pewno mu się udać. Jest w tym też pewnie zasługa syntezatorów, których nierzadko używa. Co do wokalu to mam jednak kiepskie odczucia. Głos wcale nie jest zły, śpiewać też Mark Smit w sumie potrafi. Ale jednak coś jakby nie ta droga. Po prostu ten głos nie jest nadzwyczajny, niczym się nie wyróżnia i nie zwraca na siebie zbyt pozytywnej uwagi. Natomiast jeśli ktoś się przysłucha perkusji na całej płycie może się lekko zaśmiać. Przepraszam, ale identyczne uderzenia lecą po całości i sprawia to wrażenie jakby kto umarł za tymi garami, ale jego mięśnie były zbyt zamulone żeby zwrócić na to uwagę.
Album przesłuchać można. Raz i drugi, a potem wziąć się za coś innego, bo to jednak w gruncie rzeczy dość nudna płytka i jakoś tak bez polotu. Amen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz