sobota, 7 listopada 2009

Bomba atomowa i wilki

Ile może zrobić jeden człowiek? "Wszystko zależy od punktu widzenia bla bla bla...", odpowie każdy pseudo-filozof. Ja natomiast skupię się na aspekcie muzycznym. Otóż jeden człowiek może nagrać płytę. Jak widać nie potrzeba do tego milionów dolarów, co bardzo często próbują nam wmówić popularne gwiazdy. Nie potrzeba gigantycznych hangarów wypełnionych sprzętem nagrywającym, ciężarówek wypełnionych instrumentami, kilku miesięcy miksowania i sztabu grafików pracujących nad okładką. Czasem wystarczy jeden człowiek, instrument, internet i talent. W tym przypadku to wszystko zebrało się w jednym z najzwyklejszych radomskich domów. To właśnie tam powstał...

Ulfheobar - "Animalism"

Ulfheobar to kolejny pseudonim artystyczny Piotra Kowalczyka, siedemnastolatka z Radomia, który ma za sobą już dwie płyty, obie nagrane w domu, samemu, i udostępnione za darmo w internecie("Animalism" do pobrania tutaj, jak mówi sam autor: "Rozpowszechniane jak najbardziej wskazane"). Człowiek ten pokazał, jak niewiele potrzeba do stworzenia czegoś kreatywnego, zamiast stać pod bramą i pić tanie piwo. W pewnym sensie wyśmiał też wielkich twórców, którzy zamiast na graniu skupiają się na stronie technicznej. A jak ta płyta trzyma się pod względem muzycznym? Postaram się jakoś to opowiedzieć.
Pierwsze, co od razu uderza człowieka, to absolutna odmienność od pierwszego dzieła Piotra, "Refused & Exiled". Tutaj nie ma mowy o mocnych rytmach, ciężkich uderzeniach czy po prostu nawalania w struny. "Animalism" to coś, co jest tłem. Cztery kawałki, trwające średnio po dziesięć minut to nie jest coś, czego można sobie posłuchać ot tak. Tutaj mamy do czynienia z czymś na kształt ambientu, długiego i monotonnego. Ciężko się w to dobrze wsłuchać. Trzeba wyłączyć całkowicie czynniki zewnętrzne, nic nie może przeszkadzać. Potrzebna jest również umiejętność usiedzenia tych czterdziestu minut na miejscu, najlepiej z zamkniętymi oczyma. To, co ja tam zobaczyłem, to tło idealne. Zacząłem sobie wyobrażać post-apokaliptyczny świat, całkowicie wymarłe pustkowie. Jeden człowiek przemierzający to wszystko słyszy tylko i wyłącznie ciszę. Ja natomiast słyszę dźwięki, o których nie miałbym pojęcia w takiej sytuacji. Nie potrafię tego dokładnie wytłumaczyć, jest to po prostu coś zupełnie odmiennego od standardów. Trochę jak muzyka w filmie czy grze. Niby nikt nie zwraca na nią uwagi, ale bez niej obraz wiele by stracił. Tutaj dostajemy sporo miejsca na wyobraźnię. Cała ta powtarzalność i monotonia nie pozwala się skupić na samej muzyce, ale za to pomaga stworzyć wiele obrazów. Jeśli autorowi o to właśnie chodziło, wyszło mu to perfekcyjnie. Muzyka idealna do sesji RPG w klimatach post-apo, bardzo dobry podkład do czytania książki o podobnych klimatach. Jeśli chodzi o wykonanie muzyczne, za wszystko odpowiedzialne są jedynie gitara i komputer. Biorąc pod uwagę to pierwsze, znacznie mniej tutaj popisówek. Nie uświadczymy nie-wiem-jak-skomplikowanych riffów, nie dostaniemy super-szybkich solówek. Jedynie ciche, często mocno przerobione pogrywanie. Syntezatory komputerowe odgrywały największa rolę. Automaty perkusyjne, bębny, wycia wilków, bicie dzwonów i Dżizas wie co jeszcze. Wszystko stworzone ciężką i nieraz zapewne nudną pracą. Ale liczy się przecież efekt.
Nie jest to tak, że chcę po prostu wychwalić czy wybić dobrego kumpla. Podszedłem do tego krytycznie i postawiłem na równi z dokonaniami zespołów takich jak Megadeth czy Alice in Chains. Pokazałem dobre i złe aspekty płyty. Nie potrafię jej ocenić w kontekście "dobra-zła". Jest to po prostu album na pewne okazje. Nie dla każdego, nie o każdej porze. Ale posłuchać warto. Z całą pewnością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz