Ulfheobar - "Animalism"

Ulfheobar to kolejny pseudonim artystyczny Piotra Kowalczyka, siedemnastolatka z Radomia, który ma za sobą już dwie płyty, obie nagrane w domu, samemu, i udostępnione za darmo w internecie("Animalism" do pobrania tutaj, jak mówi sam autor: "Rozpowszechniane jak najbardziej wskazane"). Człowiek ten pokazał, jak niewiele potrzeba do stworzenia czegoś kreatywnego, zamiast stać pod bramą i pić tanie piwo. W pewnym sensie wyśmiał też wielkich twórców, którzy zamiast na graniu skupiają się na stronie technicznej. A jak ta płyta trzyma się pod względem muzycznym? Postaram się jakoś to opowiedzieć.
Pierwsze, co od razu uderza człowieka, to absolutna odmienność od pierwszego dzieła Piotra, "Refused & Exiled". Tutaj nie ma mowy o mocnych rytmach, ciężkich uderzeniach czy po prostu nawalania w struny. "Animalism" to coś, co jest tłem. Cztery kawałki, trwające średnio po dziesięć minut to nie jest coś, czego można sobie posłuchać ot tak. Tutaj mamy do czynienia z czymś na kształt ambientu, długiego i monotonnego. Ciężko się w to dobrze wsłuchać. Trzeba wyłączyć całkowicie czynniki zewnętrzne, nic nie może przeszkadzać. Potrzebna jest również umiejętność usiedzenia tych czterdziestu minut na miejscu, najlepiej z zamkniętymi oczyma. To, co ja tam zobaczyłem, to tło idealne. Zacząłem sobie wyobrażać post-apokaliptyczny świat, całkowicie wymarłe pustkowie. Jeden człowiek przemierzający to wszystko słyszy tylko i wyłącznie ciszę. Ja natomiast słyszę dźwięki, o których nie miałbym pojęcia w takiej sytuacji. Nie potrafię tego dokładnie wytłumaczyć, jest to po prostu coś zupełnie odmiennego od standardów. Trochę jak muzyka w filmie czy grze. Niby nikt nie zwraca na nią uwagi, ale bez niej obraz wiele by stracił. Tutaj dostajemy sporo miejsca na wyobraźnię. Cała ta powtarzalność i monotonia nie pozwala się skupić na samej muzyce, ale za to pomaga stworzyć wiele obrazów. Jeśli autorowi o to właśnie chodziło, wyszło mu to perfekcyjnie. Muzyka idealna do sesji RPG w klimatach post-apo, bardzo dobry podkład do czytania książki o podobnych klimatach. Jeśli chodzi o wykonanie muzyczne, za wszystko odpowiedzialne są jedynie gitara i komputer. Biorąc pod uwagę to pierwsze, znacznie mniej tutaj popisówek. Nie uświadczymy nie-wiem-jak-skomplikowanych riffów, nie dostaniemy super-szybkich solówek. Jedynie ciche, często mocno przerobione pogrywanie. Syntezatory komputerowe odgrywały największa rolę. Automaty perkusyjne, bębny, wycia wilków, bicie dzwonów i Dżizas wie co jeszcze. Wszystko stworzone ciężką i nieraz zapewne nudną pracą. Ale liczy się przecież efekt.
Nie jest to tak, że chcę po prostu wychwalić czy wybić dobrego kumpla. Podszedłem do tego krytycznie i postawiłem na równi z dokonaniami zespołów takich jak Megadeth czy Alice in Chains. Pokazałem dobre i złe aspekty płyty. Nie potrafię jej ocenić w kontekście "dobra-zła". Jest to po prostu album na pewne okazje. Nie dla każdego, nie o każdej porze. Ale posłuchać warto. Z całą pewnością.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz