
Na początek jednak supporty. Jako pierwsza wyszła ekipa z Holy Smoke. Przed pierwszym kawałkiem, bodajże "Wrzesień '39" puścili z głośników odgłosy bitwy, a potem fragmenty jakiegoś przemówienia z tychże czasów. Przyznam szczerze, że wtedy ich wyśmiałem. Pomysł fajny, ale nieco już wyeksplatowany, no i oczywiście każdemu przychodzi tutaj do głowy Lao Che. Zrzynanie od chłopaków od "Powstania Warszawskiego" było oczywiste. Początek naprawdę kiepski. Potem jednak zaczęli grać. "Hej, całkiem nieźle.", pomyślałem. Na następnym kawałku już skakałem w tłumie i zdzierałem gardło. Miałem niestety pecha na pierwszym pogo wylecieć nieco dalej i rąbnąć plecami o kant barku. Trochę boli do dzisiaj, ale co tam. Energia na tym koncercie była niesamowita. Wokalista miał naprawdę dobry kontakt z publicznością i widać było, że bardzo nas rozgrzał. Szczególną uwagę muszę zwrócić na kawałek "Lech Wałęsa". Spodziewałem się jakiegoś kiepskiego utworu o niskich walorach politycznych. Ale na całe szczęście się pomyliłem. Naprawdę mocno mnie zaskoczyli tą piosenką. Ciekawą zaletą całej twórczości Holy Smoke jest przewidywalność tekstów. Na drugim refrenie prawie każdego kawałka mogłem już śpiewać razem z zespołem, chociaż teraz nie pamiętam ani jednego fragmentu(poza "Wałęsą"). Zarobili u mnie naprawdę dużego plusa za całokształt. Mam nadzieję zobaczyć ich jeszcze raz, może nawet na nieco dłuższym występie.

Kiedy tczewski zespół już się zwijał, bardzo szybko na scenę wkroczył Fosfor. Od pierwszego spojrzenia coś mi w nich nie pasowało. Tym razem wrażenie był prawidłowe. Wybaczcie, ale moim zdaniem występ w białych koszulach wcale nie wyglądał "fajnie". Tyle o wizerunku scenicznym. Nadchodzi czas na muzykę. Do dziś nie doszedłem do tego, czy to było kilka kawałków, czy jeden długi z przerwami. wszystko brzmiało identycznie, od początku do końca. W porównaniu do Holy Smoke, ten występ był po prostu fatalny. Wokalista może i był charyzmatyczny, ale zabrakło mu jeszcze dobrego głosu. Gitary, bas i perkusja cały czas po prostu nawalały ten sam rytm i nie mogłem znaleźć tam jakiejkolwiek różnorodności. Szkoda, ze grali dłużej od poprzedniego zespołu. Moim zdanie na to nie zasługiwali. No cóż, pozostało mi czekać na gwiazdę wieczoru...


Kiedy tczewski zespół już się zwijał, bardzo szybko na scenę wkroczył Fosfor. Od pierwszego spojrzenia coś mi w nich nie pasowało. Tym razem wrażenie był prawidłowe. Wybaczcie, ale moim zdaniem występ w białych koszulach wcale nie wyglądał "fajnie". Tyle o wizerunku scenicznym. Nadchodzi czas na muzykę. Do dziś nie doszedłem do tego, czy to było kilka kawałków, czy jeden długi z przerwami. wszystko brzmiało identycznie, od początku do końca. W porównaniu do Holy Smoke, ten występ był po prostu fatalny. Wokalista może i był charyzmatyczny, ale zabrakło mu jeszcze dobrego głosu. Gitary, bas i perkusja cały czas po prostu nawalały ten sam rytm i nie mogłem znaleźć tam jakiejkolwiek różnorodności. Szkoda, ze grali dłużej od poprzedniego zespołu. Moim zdanie na to nie zasługiwali. No cóż, pozostało mi czekać na gwiazdę wieczoru...

Kazali czekać na siebie długo. Moim zdaniem za długo. Strojenie instrumentów i robota dźwiękowca ciągnęły się w nieskończoność. W międzyczasie zrobiono coś co mnie zabiło i zmiotło z powierzchni ziemi. Wniesiono nowe mikrofony... oplecione sztuczną winoroślą. Najpierw zdziwienie, a następnie paniczny śmiech z mojej strony. No nic. Czekamy dalej. W końcu, nareszcie, oto nadchodzi... Hunter! Dokładnie tak jak dwa lata temu. Darcie się, klaskanie i czekanie na pierwszy utwór. tym razem już długo nie musieliśmy czekać. Na początek "Strasznik", który w wersji na żywo brzmiał znacznie lepiej niż na albumie. Już oczywiście rozpętało się gigantyczne pogo na pół sali, ludzie wokół krzyczeli, rozpoczął się ten szał, na który tyle czekałem. Zaraz potem "Śmierci Śmiech" wywołał jeszcze większe szaleństwo. Ja akurat na tym kawałkiem nie przepadam, ale doskonale pamiętam, że dwa lata temu zgrali go u nas po raz pierwszy jako zapowiedź nowego albumu. Jakiś taki sentyment mnie złapał i już za chwilę latałem w tłumie. W między czasie dostałem też glanem w twarz. Norma. Jako że był to "Hellwood Tour", z tej płyty grali sporo. Jakoś to przeżyłem, zwłaszcza, że wszystko to brzmiało na żywo znacznie lepiej niż na albumie. Zdziwił mnie natomiast powrót do "Requiem", z którego zagrali aż dwa kawałki. Nie mało było oczywiście "T.E.L.I..." i "Medeis". Zabrakło mi kilku utworów do pełni szczęścia, ale najważniejsze poleciały. "So", "Płytki Dołek", "T.E.L.I...", "Wyznawcy". Wszystko to było zagranie świetnie. Do tego Drak miał niesamowity kontakt z publicznością. Śmieszył mnie nieco fakt, że miał na sobie ten boski cylinderek, w skutek czego nie mógł za bardzo machać głową. Rozbroiła mnie natomiast jego laska, którą wziął do reki podczas kawałka "Duch Epoki". Za dużo mroku, panowie. Pochwalić muszę oczywiście Jelonka. Jak zwykle zagrał jeden ze swoich kawałków plus mała improwizacja. Świetne zagrali "Fallen", sporo improwizacji basowo-perkusyjno-skrzypcowej. Rozbroił mnie nieco Drak, który zaczął śpiewać refren "Argesa", po czym rzucił mniej więcej takie słowa: "To by było na tyle z tego kawałka, ponieważ reszta zespołu nie chce go grać".
Koncert uważam za bardzo, bardzo udany. Mam nadzieję, że że Hunter jeszcze tutaj zawita, a ja znów będę mógł powspominać.
Koncert uważam za bardzo, bardzo udany. Mam nadzieję, że że Hunter jeszcze tutaj zawita, a ja znów będę mógł powspominać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz