Hatebreed - "Hatebreed"


"Brzmi trochę jak..." - Często słyszycie te słowa? Ja nawet sam ich nadużywam. Zazwyczaj jest to raczej dobry kontekst, ale w tym przypadku mamy przeciwstawność. Tutaj podobieństwo do innych zespołów wcale nie jest pozytywne. Czas w końcu powiedzieć, czemu tak męczę tę biedną płytkę.
Odpowiedź jest prosta: Brzmi jak marna podróbka Soulfly'a, Sepultury i Korna. Mieszanina tego wszystkiego w bardzo kiepskim wydaniu znajduje się na piętnastu utworach, przez które musiałem przebrnąć. Dla pewności, zrobiłem to dwa razy. Żałuję za ten grzech... Jeśli chodzi o naprawdę mocne podobieństwa, zalatuje tutaj "Conquerem" Soulfly'a że aż boli(Oczywiście nie muszę przypominać, że była to najgorsza płyta w ich dyskografii...). W sumie nie wiem, co mnie podkusiło na tę płytę. Poprzednich dokonań prawie nie znałem, a samo słowo "metalcore" zazwyczaj odpycha. Więcej tego błędu nie popełnię, przepraszam. Czasem nawet nie wiem, dlaczego ja to właściwie opisuję, zamiast wykasować, zapomnieć i do widzenia. No ale skoro już się za to zabrałem to lecimy. Zaczynając od gitar, mamy tu napieprzankus popspolitus gównus. Losowe walenie po strunach, albo cały czas tryton i jechane. Basu na całe szczęście nie słychać, chociaż ten instrument pozostał nieskalany. Niestety nie możemy tego samego powiedzieć o perkusji, której ciągłe nawalanie można by pomylić z nietypowym alarmem samochodowym. Ale teraz dopiero dochodzimy do wokalu, tu zacznie się zabawa. Początkowo myślałem, że to jakiś Pijacki Projekt Maxa Cavalery. Za dużo wódki plus studio potrafi stworzyć niepowtarzalną kiepściznę, co też Maxio ukazał nam przy okazji wydania "Conquer". Głos Jameya Jasta to po prostu przepity ryk, nie układający się w żaden sposób z resztkami tego, co sekcja muzyczna nazywa melodią. Nie trafia w dźwięki, drze się zamiast śpiewać i zdecydowanie za dużo wypił.
Potraktujcie to jako ostrzeżenie. Dla muzyków: Nie zrzynajcie. Dla słuchaczy: Nie słuchajcie. Absolutnie nie warto tracić na to czasu. Do widzenia.
Odpowiedź jest prosta: Brzmi jak marna podróbka Soulfly'a, Sepultury i Korna. Mieszanina tego wszystkiego w bardzo kiepskim wydaniu znajduje się na piętnastu utworach, przez które musiałem przebrnąć. Dla pewności, zrobiłem to dwa razy. Żałuję za ten grzech... Jeśli chodzi o naprawdę mocne podobieństwa, zalatuje tutaj "Conquerem" Soulfly'a że aż boli(Oczywiście nie muszę przypominać, że była to najgorsza płyta w ich dyskografii...). W sumie nie wiem, co mnie podkusiło na tę płytę. Poprzednich dokonań prawie nie znałem, a samo słowo "metalcore" zazwyczaj odpycha. Więcej tego błędu nie popełnię, przepraszam. Czasem nawet nie wiem, dlaczego ja to właściwie opisuję, zamiast wykasować, zapomnieć i do widzenia. No ale skoro już się za to zabrałem to lecimy. Zaczynając od gitar, mamy tu napieprzankus popspolitus gównus. Losowe walenie po strunach, albo cały czas tryton i jechane. Basu na całe szczęście nie słychać, chociaż ten instrument pozostał nieskalany. Niestety nie możemy tego samego powiedzieć o perkusji, której ciągłe nawalanie można by pomylić z nietypowym alarmem samochodowym. Ale teraz dopiero dochodzimy do wokalu, tu zacznie się zabawa. Początkowo myślałem, że to jakiś Pijacki Projekt Maxa Cavalery. Za dużo wódki plus studio potrafi stworzyć niepowtarzalną kiepściznę, co też Maxio ukazał nam przy okazji wydania "Conquer". Głos Jameya Jasta to po prostu przepity ryk, nie układający się w żaden sposób z resztkami tego, co sekcja muzyczna nazywa melodią. Nie trafia w dźwięki, drze się zamiast śpiewać i zdecydowanie za dużo wypił.
Potraktujcie to jako ostrzeżenie. Dla muzyków: Nie zrzynajcie. Dla słuchaczy: Nie słuchajcie. Absolutnie nie warto tracić na to czasu. Do widzenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz