"9" Tima Burtona


Nie wiem, jakim cudem to nazwisko znalazło się na plakacie. Grozili jego rodzinie? Wysadzili mu samochód w powietrze? Porwali kota? Nie wiem, i chyba mnie to nie obchodzi. Ważne jest to, że np. nasz rodak, Tomek Bagiński robi animacje trwające trzy minuty, które "9" Przebijają pod każdym względem. Ten film jest po prostu tragiczny. Zauważyłem dwa, może trzy dobre aspekty tej produkcji. Najpierw jednak o tym, co mnie tak zniechęciło.
Tytułowa Dziewiątka to jedna z kilkunastu szmacianych lalek, w które zaklęte były resztki cywilizacji ludzi. Pomysł bardzo fajny i świeży, ale tylko do tego momentu. Dalej dowiadujemy się, że ludzie zostali wybici do ostatniego przez swój własny twór, Maszynę (Oho, zaczyna się banał...). Dalej, bohater wpada na genialny pomysł, że coś trzeba zrobić z polującą na nich Bestią (Okeeej...). Chwilę potem, Dziewięć nieświadomie budzi Maszynę, a drużynę ratuje tajemniczy bohater, uważany do tej pory za zaginionego (Coraz lepiej...). Następnie, grupa ucieka, lecz kilku z nich ginie. Potem znowu uciekają, a potem kilku z nich znowu ginie. Znowu uciekają i znowu kilku ginie... I tak do końca filmu, gdzie oczywiście nie zabrakło epicko heroicznych momentów.
Ten film był tak tragicznie przewidywalny, że każdy z siedmiu obecnych na sali widzów mógł się poczuć jak jasnowidz. Zawsze doskonale było wiadomo, co stanie się za dwadzieścia sekund. Pierwszy szkielet scenariusza zapewne nosił nazwę "Wzór", zajmował pół kartki A4 i wyglądał mniej więcej tak: "Główny bohater -> epickie wejście -> przedstawienie Wielkiego Zła -> spotkanie przyjaciela -> porwanie przyjaciela bohatera przez Głównego Złego... etc." Dodaj imiona, kilka miejsc, parę szczegółów, zwolnij idiotów, którzy chcieli wprowadzić ambitna fabułę i mamy gotowy hit dla średniej klasy niedorozwiniętych szympansów. Każdy motyw był juz tak wyeksplatowany że aż smutno było na to patrzeć. W momencie, w którym przywódca grupy biegnie po dachu, goniony przez latająca maszynę, człowiek juz widzi to wyobraźnią: Koniec dachu, dramatyczny gest zasłonięcia się rękoma przed pewna zagładą, i w końcu główny bohater w ostatniej chwili ratujący starego upierdliwca, który od tej pory darzy herosa szacunkiem i zaufanie. Otrząsasz się, patrzysz na film i masz deja vu. Takie sceny posiadają wprost zabójczy wpływ na widza. Dobrze, że byliśmy tam większą grupą znajomych, przynajmniej można było się pośmiać. Szczególnie rozbrajające były momenty, w których ktoś rzucał teksty w stylu "Zaraz zacznie padać deszcz.", a w ciągu brzmienia ostatniej sylaby pierwsza kropla wody spada na zmęczonych, ale szczęśliwych bohaterów. Pod koniec już naprawdę musiałem się starać, żeby nie wybiec z sali wykrzykując przekleństwa i ządania zwrotu pieniędzy.
Czas wspomnieć o tych kilku dobrych rzeczach. Szkoda, że było ich tak mało. Po pierwsze animacje, stojące na bardzo wysokim poziomie i robiące spore wrażenie. Post-apokaliptyczny świat został świetnie oddany w formie animacji. Z tym łączy się drga rzecz, czyli świetne projekty robotów tworzonych przez Maszynę. Wyglądały naprawdę niesamowicie i aż szkoda, że zostały wykorzystane w tak kiepskim filmie. Jeśli chodzi o fabułę, muszę pochwalić jeden fragment: Scena, w której do uszu widza dochodzi jedynie łagodna muzyka gramofonu, a jeden z bohaterów ucieka przed cudem ocalałą Maszyną. Scena banalna okrutnie, ale zrealizowana świetnie. No i cóż, to wszystko.
Film odradzam każdemu, kto nie ma co robić w sobotni wieczór. Lepiej zostać w domu i obejrzeć po raz 50 Terminatora , albo poczytać dobra książkę przy starej muzyce rockowej. Jeżli koniecznie Wam zależy na tej produkcji, poczekajcie, az ktoś z Waszych znajomych będzie miał to na DVD.
Tytułowa Dziewiątka to jedna z kilkunastu szmacianych lalek, w które zaklęte były resztki cywilizacji ludzi. Pomysł bardzo fajny i świeży, ale tylko do tego momentu. Dalej dowiadujemy się, że ludzie zostali wybici do ostatniego przez swój własny twór, Maszynę (Oho, zaczyna się banał...). Dalej, bohater wpada na genialny pomysł, że coś trzeba zrobić z polującą na nich Bestią (Okeeej...). Chwilę potem, Dziewięć nieświadomie budzi Maszynę, a drużynę ratuje tajemniczy bohater, uważany do tej pory za zaginionego (Coraz lepiej...). Następnie, grupa ucieka, lecz kilku z nich ginie. Potem znowu uciekają, a potem kilku z nich znowu ginie. Znowu uciekają i znowu kilku ginie... I tak do końca filmu, gdzie oczywiście nie zabrakło epicko heroicznych momentów.
Ten film był tak tragicznie przewidywalny, że każdy z siedmiu obecnych na sali widzów mógł się poczuć jak jasnowidz. Zawsze doskonale było wiadomo, co stanie się za dwadzieścia sekund. Pierwszy szkielet scenariusza zapewne nosił nazwę "Wzór", zajmował pół kartki A4 i wyglądał mniej więcej tak: "Główny bohater -> epickie wejście -> przedstawienie Wielkiego Zła -> spotkanie przyjaciela -> porwanie przyjaciela bohatera przez Głównego Złego... etc." Dodaj imiona, kilka miejsc, parę szczegółów, zwolnij idiotów, którzy chcieli wprowadzić ambitna fabułę i mamy gotowy hit dla średniej klasy niedorozwiniętych szympansów. Każdy motyw był juz tak wyeksplatowany że aż smutno było na to patrzeć. W momencie, w którym przywódca grupy biegnie po dachu, goniony przez latająca maszynę, człowiek juz widzi to wyobraźnią: Koniec dachu, dramatyczny gest zasłonięcia się rękoma przed pewna zagładą, i w końcu główny bohater w ostatniej chwili ratujący starego upierdliwca, który od tej pory darzy herosa szacunkiem i zaufanie. Otrząsasz się, patrzysz na film i masz deja vu. Takie sceny posiadają wprost zabójczy wpływ na widza. Dobrze, że byliśmy tam większą grupą znajomych, przynajmniej można było się pośmiać. Szczególnie rozbrajające były momenty, w których ktoś rzucał teksty w stylu "Zaraz zacznie padać deszcz.", a w ciągu brzmienia ostatniej sylaby pierwsza kropla wody spada na zmęczonych, ale szczęśliwych bohaterów. Pod koniec już naprawdę musiałem się starać, żeby nie wybiec z sali wykrzykując przekleństwa i ządania zwrotu pieniędzy.
Czas wspomnieć o tych kilku dobrych rzeczach. Szkoda, że było ich tak mało. Po pierwsze animacje, stojące na bardzo wysokim poziomie i robiące spore wrażenie. Post-apokaliptyczny świat został świetnie oddany w formie animacji. Z tym łączy się drga rzecz, czyli świetne projekty robotów tworzonych przez Maszynę. Wyglądały naprawdę niesamowicie i aż szkoda, że zostały wykorzystane w tak kiepskim filmie. Jeśli chodzi o fabułę, muszę pochwalić jeden fragment: Scena, w której do uszu widza dochodzi jedynie łagodna muzyka gramofonu, a jeden z bohaterów ucieka przed cudem ocalałą Maszyną. Scena banalna okrutnie, ale zrealizowana świetnie. No i cóż, to wszystko.
Film odradzam każdemu, kto nie ma co robić w sobotni wieczór. Lepiej zostać w domu i obejrzeć po raz 50 Terminatora , albo poczytać dobra książkę przy starej muzyce rockowej. Jeżli koniecznie Wam zależy na tej produkcji, poczekajcie, az ktoś z Waszych znajomych będzie miał to na DVD.

Tim Burton nie był autorem scenariusza, on na szczęście jedynie przy nim pomagał. :P
OdpowiedzUsuń